Zgoda na empatię

Błogość życia odnaleziona w pogodzeniu się z rzeczywistością, siła naszych przeczuć i intuicji, moc szczęścia i miłości oraz bliskość bratnich dusz – to nasze rozmowy z amerykańską profesor psychiatrii Judith Orloff. Po pierwszym opublikowanym wywiadzie rozdzwoniły się w redakcji telefony, a po trzecim wyprzedał się cały nakład jej książki pt. „Błogość życia”. Wygląda na to, że rozmawiamy o sprawach, które są ważne. Zapraszamy na szóste spotkanie. 

opracowanie i rozmowa: Adam Górczyński

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – powiedział Antoine de Saint-Exupéry. Co w takim razie jest najważniejsze?

Sens życia. To, że umiemy odpowiedzieć sobie na najprostsze i jednocześnie najtrudniejsze pytanie: po co żyjemy? To, o czym rozmawiamy od kilku miesięcy, to są właśnie te najważniejsze, niewidoczne rzeczy. Te spoza świata materii, czyli przedmiotów, ciała, tego, jak to ujmują filozofowie, „co jest nam dane”. Głębi naszego życia możemy szukać jedynie poza „tym, co jest nam dane”, w tym, gdzie panuje całkowita ciemność albo bezgraniczna jasność. Samotność, bliskość, miłość, tęsknota, szczęście, spełnienie istnieją poza materią, są więc niewidoczne dla zmysłów, ale są najważniejsze.

Zaczęła Pani od sensu życia, a zaraz potem wymieniła  samotność, dlaczego?

Nie wiem…

…a ja wiem. Byłem pewny, że to słowo w naszej dzisiejszej rozmowie padnie. Zacznijmy więc od wiersza Rainera Marii Rilkego pt. „Samotność”.

Samotność jest jak deszcz.
Z morza powstaje, aby spotkać zmierzch;
z równin niezmiernie szerokich, dalekich,
w rozległe niebo nieustannie wrasta.
Dopiero z nieba opada na miasta.

Mży nieuchwytnie w godzinach przedświtu,
kiedy ulice biegną witać ranek
i kiedy ciała nie znalazłszy nic,
od siebie odsuwają się rozczarowane;
i kiedy ludzie, co się nienawidzą,
spać muszą razem – bardziej jeszcze sami:

samotność płynie całymi rzekami.

Zwróćmy uwagę na te słowa: „spać muszą razem – bardziej jeszcze sami”, bo taka samotność, kiedy się nie jest samemu, jest najgorsza i trzeba znaleźć drogę, pomysł czy sposób, żeby się z niej wydostać. Sama w sobie samotność jest godna, może być dostojna, ciekawa. Może przecież być z wyboru, to zresztą nie ma wielkiego znaczenia. Samotny człowiek może być bardzo szczęśliwy. Ale w samotności we dwoje czy w tłumie nie można tkwić. Piękny wiersz, znałam go. 

„Samotność jest jak deszcz” – rozwińmy więc nad nią parasol, żeby nią zbytnio nie namoknąć. Proszę powiedzieć, czy empatia jest odczuwaniem czyjegoś bólu w swoim sercu?

Na odczuwanie sercem się zgadzam. Na ból też! Ale to nie wszystko, jest cała gama równoległych doświadczeń: radość, szczęście, miłość, przyjaźń, przynależność, tożsamość…

Czyli chodzi o współodczuwanie?

Tak, ale… sercem. To jest klucz. Empatia to odczuwanie czyjegoś szczęścia, odczuwanie czyjejś radości, czyjegoś smutku itd. w swoim sercu.

Nie jest to zbyt proste?

To jest proste, ale zaraz to zagmatwam (śmiech).Otóż empatia to odczuwanie na wyjątkowych częstotliwościach, w których dwie osoby albo  członkowie zespołu czy społeczności potrafią nadawać na tych samych falach, na poziomie najwyższych emocji. 

A jeśli nie potrafią, ale z jakichś innych powodów są jednak razem? 

„Wtedy samotność płynie całymi rzekami”. Bo zamiast harmonijnego utworu powstaje kakofonia. Każdy gra swój utwór, w wyniku czego każdy chce zagłuszyć drugiego. Dzieje się tak w „chorych” związkach albo w związkach, mówiąc po ludzku, nijakich, bez emocji, żyjących jak wygasłe wulkany; ale też w życiu skłóconych społeczeństw, bo do tego też taki stan może doprowadzić. Polaryzacja społeczna to teraz dość często spotykane zjawisko, które w efekcie może okazać się destrukcyjne dla współczesnych państw. Tu nasze doświadczenia, mam na myśli kontekst społeczno-polityczny w Polsce i USA, są dość podobne, ale raczej nie będziemy o tym rozmawiać. Rozpędziłam się.

„Moda na Zgodę” to nasza propozycja w tej sprawie.

Słuszna, zwłaszcza jeśli będzie to moda trwała. Trzeba zawsze zaczynać od uświadamiania takiej potrzeby. Zgoda jest zawsze lepsza niż jej brak, zarówno w życiu prywatnym, rodzinnym, społecznym, jak i globalnym. Zwłaszcza, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia.

Od czego należy zacząć ją budować, mam na myśli zgodę z drugim człowiekiem? 

Od zgody ze sobą. Wszystko musi zacząć się w nas samych, poza materią. Dopiero potem jak w sobie to wszystko uporządkujemy, posprzątamy, możemy zacząć zagłębiać się w drugiego człowieka, uważnie się w niego wsłuchiwać, obserwować go szóstym zmysłem, czuć, chłonąć. Musimy dać mu swój czas i uważność.

Czy uważa Pani, że wystarczy być inżynierem czyjejś duszy?

Raczej nie, bo tu logika może zniekształcać odbiór. Wystarczy kochać tę czyjąś duszę. 

Jest przecież mnóstwo ludzi, którzy w ogóle nie potrafią takiej osoby znaleźć, a nawet jeżeli znajdą, to brakuje im spoiwa, żeby ulepić, a potem unieść i scalić pełnowymiarowy związek. Jak można im pomóc?

Na przykładzie moich pacjentów widzę, że zgłasza się do mnie bardzo wielu wrażliwych ludzi, którzy bezskutecznie szukają drugiego człowieka, mając nadzieję, że okaże się bratnią duszą. Opisuję te procesy w swojej książce „Błogość życia”. Wygląda to tak, że młodzi korzystają z portali randkowych, starsi z biur matrymonialnych, jedni i drudzy z pomocy przyjaciół i znajomych. Na przykład chodzą na randki w ciemno, a mimo to nie mogą znaleźć partnera. Niektórzy pozostają nawet w jakimś związku, ale czują się wiecznie zmęczeni i przytłoczeni, jak w cytowanym przez Pana wierszu Rilkego.

Czy coś z nimi jest nie tak?

Problem nie polega na tym, że na świecie brakuje odpowiednich ludzi albo że oni nie są odpowiedni. 

Oba przypadki pokazują jakieś wewnętrzne deficyty. Czy jako lekarz psychiatra może to Pani wyjaśnić?  

Zastanawiam się, jak to powiedzieć. Otóż wydaje mi się, że na podstawie własnych doświadczeń odkryłam ważny element tej układanki. Stwierdziłam mianowicie, że osobiście na przykład ja wykazuję empatyczne podejście do związków. Wcale mi z tym nie jest łatwo.

Czyżby empatia była przeszkodą?

Naprawdę długo tę sprawę analizowałam. W wielu zdarzeniach, relacjach przez wiele lat.

I do jakich wniosków Pani doszła?

Empaci to ludzie charakteryzujący się szczególną wrażliwością, troskliwością i intuicyjnością. Mają bardzo chłonny układ nerwowy i nadaktywne odruchy, w związku z czym chłoną jak gąbka wszystkie wstrząsy. Zarówno przyjemności, jak i bólu doświadczają bardzo wyraźnie, niekiedy wręcz przesadnie. Związek z drugą osobą doświadczają zmysłami z taką siłą, jak gdyby zamiast pięciu palców u ręki mieli pięćdziesiąt. 

Oni to wiedzą, zanim kogoś poznają albo jak już poznają?

Czują to. Mają nadzwyczajną wrażliwość i sam ten fakt staje się barierą, chcieliby za dużo, za bardzo, za szybko. 

Wszystko albo nic.

I wybierają nic. Bo nie są gotowi na kompromisy, półśrodki. Tak przy okazji uważam, że Pan ma taką wrażliwość, świadczą o tym Pana wstępniaki. To są utwory napisane z wyjątkową empatią. Pan jest w nich po drugiej stronie w czyjejś duszy. 

Dziękuję. Tyle rozmów za nami, zaczynamy się rozumieć (śmiech).

Zaczynamy? Bratnie dusze to my (śmiech). Wracając do tematu,  przecież taka wyjątkowo czuła wrażliwość czyni z empatów niezwykle zmysłowych i wrażliwych kochanków. Ale proszę tego nie brać do siebie (śmiech).

A kiedy ci wrażliwcy znajdują już swoją bratnią duszę, to co się dzieje?

Pojawia się druga strona medalu. Takie osoby chłoną wszystkie lęki świata. Podświadomie przejmują od innych ludzi stres, jak gdyby granica między ich ciałem a światem w ogóle nie istniała.

[…]

Dalszy ciąg rozmowy w numerze grudniowym.  Zapraszamy. 

Nasza rozmówczyni, Judith Orloff, jest autorką bestsellerowej książki “Błogość życia”. W artykule wykorzystane zostały jej fragmenty.

Reklama