Przepis na dobry związek

EWA I KRZYSZTOF KRAWCZYKOWIE W INTYMNEJ ROZMOWIE ZE SOBĄ. OPOWIADAJĄ O MIŁOŚCI, O POWAŻNYCH KRYZYSACH, O PRÓBACH, Z KTÓRYCH WYSZLI ZWYCIĘSKO RAZEM. O ŚWIĘTOWANIU CODZIENNOŚCI. O RZECZACH WAŻNYCH, DLA KTÓRYCH WARTO ŻYĆ ZE SOBĄ.

W każdej dobrej recepturze powinniśmy dokładnie określić: składniki, sposób przyrządzania, dawkowanie i działanie. Zacznijmy od niezbędnych składników. W tym przypadku: jest Ona i On. Dostrzegają w sobie to coś, co sprawia, że rodzi się miłość.

KRZYSZTOF KRAWCZYK: Żeby to było takie proste… Miłość spada czasami na człowieka jak jastrząb. I Mickiewicz o tym opowiadał, i Wołodyjowski, „że nie może dychać”. Że nie może spać. Jest to pewna tajemnica. Cudowne uczucie. Pan Bóg je zsyła po to, by przetrwał gatunek. Ale sprawa najważniejsza, żeby zachować dla siebie podstawowe rzeczy: wierność, czułość na co dzień i umiejętność wybaczania.

EWA KRAWCZYK:  Nie jest tak, że ktoś powie: oni będą razem — i tak się dzieje. Tutaj musi zadziałać chemia, głębokie uczucie, to coś, co sprawia, że pojawia się przekonanie: oto odnalazły się dwie połówki jabłuszka. To dar! Bo przecież czasami ludzie przez całe życie szukają tej drugiej połówki i nie znajdują. Są z tego powodu nieszczęśliwi. A my się odnaleźliśmy.

KRZYSZTOF:  Ewo, czy myślisz, że w naszym przypadku zadziałała Opatrzność.

EWA: Wyjechałam z niewielkiej miejscowości w Polsce za wielką wodę. Tak daleko, do Ameryki, by spotkać w Chicago ciebie.

KRZYSZTOF: Uważam, że to jednak była miłość od pierwszego wejrzenia.

EWA: To było raczej tak jak z doskonałym winem.

KRZYSZTOF: …ale dobrze przechowywanym…

EWA: Dojrzewaliśmy do doskonałości. To wino nabrało wyjątkowego smaku, aromatu, gęstości.  Pielęgnowaliśmy,  rozpieszczaliśmy nasz związek. Myślę, że po jakichś trzech miesiącach codziennych, obfitujących w przeżycia spotkań doszliśmy do wniosku, że chcemy być razem. Miałam wtedy 22 lata. Byłam taką zieloną gąseczką, która przyjechała z małego świata do wielkiego. To był dla mnie szok, że mogę przebywać z tobą –  Krzysztofem Krawczykiem! Na tę pierwszą randkę nie bardzo miałam ochotę. Szczerze mówiąc, wstydziłam się ciebie. Namówiły mnie koleżanki.

KRZYSZTOF: I co im opowiedziałaś po tej pierwszej randce?

EWA: Że była cudowna, że  zaprosiłeś mnie na przejażdżkę dorożką po przedmieściach Chicago. Pamiętasz? (wspólny śmiech). Potem był ten wspaniały meksykański obiad w restauracji. Przy stoliku, specjalnie dla nas, grała meksykańska orkiestra – El Mari chi.

KRZYSZTOF: A co było potem?

Ewa: Zaprosiłeś mnie do klubu jazzowego. Nawet nie podejrzewałam, że tak spodoba mi się jazz. A wiesz co się działo później?

KRZYSZTOF: Potem poszliśmy do dyskoteki.

EWA: Dokładnie, wtedy bardzo lubiłam tańczyć. Teraz to mi przeszło, bo masz jednak  to chore biodro i musimy uważać, ale wtedy było naprawdę cudownie… szybko mnie oczarowałeś. Zaimponowałeś mi tym, że byłeś  starszy i mądrzejszy.

KRZYSZTOF: Tylko tym? (śmiech)

EWA: Znałeś odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Dużo się od ciebie nauczyłam. Przecież  do dzisiaj o wszystko  cię pytam. Wiedziałam, że jesteś silniejszy psychicznie ode mnie. To ty dawałeś mi poczucie bezpieczeństwa przez całe nasze wspólne, choć przerywane, życie. Nie wszyscy mogą wiedzieć, że wychowałam się bez ojca i podejrzewam, że to co chciałam w dzieciństwie od niego dostać, dostałam od ciebie. Bardzo ci za to dziękuję. Bardzo, bardzo, bardzo.

(Krzysztof czule całuje i tuli Ewę)

 

Tyle mi pokazałeś rzeczy, tyle mnie nauczyłeś. Przy tobie odkrywałam świat na nowo. Fascynowałeś mnie z każdym rokiem coraz bardziej. Po kilku latach nie mogłam i nie chciałam być bez ciebie. Przykleiłam się i nie mogłam się oderwać. I tak wykluła się ta nasza miłość.

KRZYSZTOF: Spotykaliśmy się codziennie. Przebywaliśmy ze sobą wiele godzin i nigdy się nie nudziliśmy.

EWA: Mieszkałam wtedy z mamą i musiałam na noc wracać do domu. Jakie to były bolesne rozstania! Kładłam się do łóżka. Chwytałam za telefon. Dzwoniłam do ciebie około 22. i rozmawialiśmy do 5. nad ranem. Potem krótki sen i znowu chciałam cię widzieć.

KRZYSZTOF: A ja ciebie. Chcieliśmy być ze sobą non stop. I tak jest do dzisiaj czy coś się zmieniło? Bez przerwy mamy coś sobie do powiedzenia. Przez lata naszego wspaniałego związku odkrywałem cię, Ewo.

EWA: Co masz na myśli?

KRZYSZTOF: Przez wszystkie te lata odkrywam cię na wielu poziomach. Wciąż  jesteś śliczną, bardzo naturalną kobietą.

EWA: Pamiętasz, jak kiedyś opowiadałeś mi, że potrafisz wychwycić nawet najdrobniejsze kobiece sztuczki, intrygi, gierki?

KRZYSZTOF: Oczywiście, nawet to, że ty kiedyś – i nawet wiem kiedy,  ale nie wydam cię – próbowałaś coś  zagrać,  wiesz o czy mówię…

EWA: (śmiech)

KRZYSZTOF: Robiłaś to tak zachwycająco nieudolnie… ale poza tym szybko przekonałem się, że masz wielkie serce. Zawsze wiedziałem, że jesteś dobrym człowiekiem, że nigdy mnie nie zdradzisz. I tu chodzi nie tylko o zwykłą zdradę. Chodzi mi o taką poważną lojalność we wszystkim. Od początku wiedziałem,  że masz bardzo dużo talentów, a okazało się, że masz ich jeszcze więcej. Zdradzę kilka przed czytelnikami naszej ulubionej Mody na Zdrowie, okazałaś się świetną organizatorką. To Ewa była moim najbliższym menadżerem, decydowała przez lata pracy na estradzie o wielu sprawach, rozmawiała z klientami. Byłaś naprawdę świetna. Teraz kiedy jakoś symbolicznie zamykam ten czas, chcę ci za to podziękować.

EWA: Ale słodzisz, a umówiliśmy się, że już nie będziesz? Masz za wysoki cukier. (śmiech)

KRZYSZTOF:  Codzienne życie ze sobą to nie jest taka stuprocentowa idylla. Chyba nie ma takiego małżeństwa, które się nie kłóci. Oczywiście były ostre starcia, różnice zdań. Zawsze umieliśmy się dogadać. Rozmawialiśmy – i uwaga – najważniejsza w rozmowie  jest umiejętność słuchania.

EWA: …i wybaczania, kiedy zajdzie taka potrzeba.

KRZYSZTOF: Znam cię już na tyle, że wiem jak nie nadepnąć tobie na odcisk.

EWA: Albo wręcz odwrotnie — jak wejść na odcisk. Bo czasami jesteśmy takimi złośliwymi małpiszonami. Może robimy to z nudów, może po to, by sobie  coś udowodnić.

KRZYSZTOF: Potem się okazuje, że to nie jest warte naszej uwagi, ale zrobi się z tego jakaś bombeczka z dynamitem. A wtedy już trzeba to jakoś przeżyć, skoczyć na chwilę do swojego schronu, włożyć jakiś hełm albo zrobić uskok — tak jak to robi torreador, uciekając przed ciosem byka na corridzie.

EWA: W każdym małżeństwie są konflikty. Jak powiedziałeś kiedyś, kłócimy się czasem o rzeczy, które nie są tego warte. Oj, było trochę tych stresów, tego obrażania się na siebie, gniewania, chociaż ja tak naprawdę tego nigdy nie lubiłam. Nie lubię się gniewać. I denerwuje mnie taka sytuacja, że ja narozrabiałam (bo to ja najczęściej inicjuję sprzeczki), a potem trzeba to jakoś odkręcić. Wiem, że nieraz jestem za szybka, coś palnę, coś powiem, a potem bardzo żałuję… Dlatego się na chwilę rozwiedliśmy…

KRZYSZTOF: Bo to są nasze słowiańskie charaktery. Sytuacja została doprowadzona do takiego absurdu, że myśmy sobie na złość wzięli ten rozwód. Co o tym myślisz?

EWA: Oj, Krzysiu, nie chciałam o tym mówić. Ludzie już dawno o tym zapomnieli.

KRZYSZTOF: Myślę, że czytelnicy Mody na Zdrowie mogą to pamiętać… I może warto o tym powiedzieć, ku przestrodze innym związkom. Otóż był w naszym otoczeniu zły człowiek. Udało mu się uknuć intrygę. A potem… Są między nami jakieś osobiste sprawy. W sądzie wystawiają je na wokandzie. Sekretarki sądu dają znać gazetom. I myśmy przez to bardzo dostali po głowie od mediów. Bardzo się przejechali po nas. Bo oto proszę – była idealna para, a tu taki kryzys. To był jeden z największych problemów w naszym związku.

EWA: Ale nie zdradziłam cię Krzysiu.

KRZYSZTOF: Nie zdradziliśmy się, nie zdradzimy się nawzajem. Przebrnęliśmy najgorsze chwile, najcięższe próby. Zresztą nie jesteśmy jedyną parą, która się rozwiodła i zeszła z powrotem. Powtórnie wzięliśmy ślub.

EWA: Liz Taylor rozwodziła się osiem razy ze swoim mężem, a żyć bez siebie nie mogli. Tak jak my. KRZYSZTOF: Winna była nasza słowiańszczyzna: ja tobie pokażę, ja ci udowodnię. Takie wzięcie się pod boki… Na dodatek ludzie nie pomagali, jakby nie sprzyjali naszej miłości. Woleli kibicować rozpadowi niż stabilności.

EWA: Na szczęście mamy to już za sobą.

KRZYSZTOF: Jeszcze chcę ci coś opowiedzieć, jak już tak wspominamy. Trudno było już na starcie. Twoja decyzja o małżeństwie ze mną nie była łatwa. Ja byłem mężczyzną po przejściach. To był mój trzeci raz. Do tego było jeszcze poważne obciążenie — niczemu winny dzieciak, mój 11-letni syn. Nim w ogóle nie zajmowała się moja była żona, z którą się rozwiodłem. Zdecydowaliśmy z Ewą, że –  no cóż… – chłopak musi mieć jakąś opiekę. Ma ją do dzisiaj. Ja myślę, że taka sytuacja dla kobiety jest trudniejsza chyba niż dla mężczyzny. Trzeba dużo miłości i umiejętności wybaczania, żeby to zaakceptować. I działać pozytywnie… Ale mnie też nie było łatwo. Wszyscy wiedzą, że rozwód to bardzo nieprzyjemna sprawa. Czekaliśmy Ewciu 2 lata na rozwiązanie mojego pierwszego związku kościelnego w sądzie arcybiskupim. Ślub kościelny miał dla nas bardzo duże znaczenie – prawda?. Mieszkaliśmy wtedy na Florydzie, wstawaliśmy o 5. rano po to, żeby zdążyć na wpół do siódmej na mszę do polskiego kościoła, gdzie było pięć osób na krzyż. Żeby się spotkać z naszym uroczym Krzysiem Ośką, chrystusowcem, który bardzo nam pomagał w takich sytuacjach — nawet jako psychoanalityk, spowiednik. To naprawdę nie było łatwe — nagle znaleźć się we trójkę na tej Florydzie z synem, który był młodszy od ciebie tylko o 11 lat. On był z nami długo, aż do matury. Potem wyjechał do Polski. I jakieś podzwonne tamtej sytuacji się pojawia. Zrozumiałem cierpienia Olbrychskiego, gdy jego syn publicznie wypowiadał się źle na jego temat. Mój syn też to robił. Dzisiaj jestem już starszym człowiekiem, zwłaszcza ja, więc patrzę na to zupełnie inaczej. Życie i moja wiara, w jakimś stopniu wasz miesięcznik, świetne rozmowy z Judith Orloff z Kalifornii, wiele innych sytuacji pozwoliło mi pogodzić się z rzeczywistością, całkowicie ją zaakceptować.

EWA: Krzysztof, twój syn nigdy nie miał do ciebie pretensji. Problem był inny. To ja nie dopuszczałam do siebie myśli, że matka może zostawić syna. W naszym związku nie widziałam dla niego miejsca. On miał być przy matce! Moja mama też samotnie wychowywała dwoje dzieci, moja siostra też. I nigdy by im do głowy nie przyszło, żeby swoje dzieci porzucić. Więc dla mnie było to niewyobrażalne — że mam się zajmować synem innej matki. A poza tym byłam wtedy zaborcza. Goniłam wszystkich i wszystko, co się poruszało w twojej orbicie. Ci, którzy byli blisko ciebie, byli dla mnie wrogami. Chciałam mieć cię tylko dla siebie. I to był mój błąd, błąd młodości. I chociaż  życie nam się dobrze ułożyło, to trudno mi sobie wybaczyć tę sprawę. My byliśmy w Ameryce, twój syn  wyjechał do Polski kontynuować naukę. Był z twoją mamą. Potem przyjechaliśmy do Polski, ale włóczyliśmy się z koncertami, więc on nadal był z babcią. Dlatego babcie mogą być takie kochane i takie ważne. Później dorósł, miał już swoje życie, narzeczoną. Teraz spotykamy się na święta, jest miło. On jest już dorosły. I nie rozmawiamy o przeszłości.

KRZYSZTOF: To na pewno było dla niego, jak dla każdego dziecka w takiej sytuacji, trudne. Niestety, dzieci artystów, którzy często podróżują, znają swoich rodziców ze zdjęć. To jest ogromna cena, którą się płaci.

EWA: Twój syn, też Krzysiu,  jest z natury samotnikiem. Jego męczy towarzystwo. A kiedy jest już u nas, spędzamy bardzo miło czas. Więc i ten kryzys jakoś pokonaliśmy. Taka jest nasza miłość. Jak bieg z przeszkodami. U nas każdy dzień ma swoje rytuały. Bardzo lubimy celebrować każdą chwilę razem. To nasz przepis na udany związek.

KRZYSZTOF: Uwielbiam nasze późne śniadania.

EWA: Są nasze pieski. Robimy sobie śniadanko, przy którym siedzimy nawet dwie godziny. Ty opowiadasz dawne dzieje. Jak byłeś Trubadurem (śmiech). Oczywiście czasami musimy trochę popolitykować i pofilozofować. Pozwierzać się, i tak dalej…

KRZYSZTOF: Bardzo lubimy ze sobą być. Poleżeć razem, poczytać, obejrzeć wspólnie dobry film.

EWA: W poniedziałki mamy dni szlafrokowe. Chodzimy w kapciach, szlafrokach, piżamach, odpoczywamy. I to też lubimy robić razem. Taki nasz rytuał od lat.

KRZYSZTOF: Kochanie, masz bardzo zdrowy zwyczaj — tylko pozazdrościć — rano idziesz na spacer z psami. Potrafisz tak przejść nawet 7 km.  Zajmuje ci to dwie godziny. Nawet największe mrozy, a było kilka takich w tym roku, choć niewiele, nie odstraszyły ciebie. A ja czekam, nawołuję: Wracaj do domu, mój morsie!

EWA:

1/ Na przykład byłam na zakupach. Pani przy kasie sprzedawała śliczne miśki. Pomyślałam: Dla mojego Misia — misiek. Kupiłam i cieszyłam się, że to ciebie ucieszy.

2/ Jak masz zły nastrój, to ci coś dobrego ugotuję, zrobię jakąś niespodziankę kulinarną.

3/ Od lat laurki ci rysuję.

KRZYSZTOF:

1/  Łapię się na tym, że w życiu chcę cię przede wszystkim ochraniać. Może nawet jestem nadopiekuńczy. Śpimy przy uchylonym oknie. Przykrywam twoje plecy.  Lubisz się odkrywać, więc ja czuwam. W nocy pali się światełko, żebyś się nie potknęła w drodze do łazienki. Pilnuję, by podłoga była sucha, bo się boję, żeby ci się nic nie stało, żebyś się nie poślizgnęła.

Reklama