Wciąż chcę tańczyć – wywiad z Krystyną Sienkiewicz

Kocha ją niezliczona liczba fanów. Legenda polskiego kabaretu, urodzona artystka – Krystyna Sienkiewicz. Nie ma wątpliwości, że śmiech to najlepsze lekarstwo na wszystkie troski życia. Nie raz uratował ją z najgorszego i dodawał sił.

Z artystką rozmawiał jej przyjaciel Tadeusz Ross. Wywiad spisała Sonia Ross

Krysiu, skąd czerpiesz siłę? Od kiedy pamiętam, zawsze byłaś wiecznie uśmiechniętą siłaczką.  

Nie wiem, skąd ona się bierze. Nie jestem smutasem. Śmiech to zdrowie. To dla mnie żaden slogan, ale czysta prawda. To, co przeżyłam, mogło wpędzić mnie w wieloletnią depresję, sprowadzić na złą drogę. Byłam sierotą wojenną, ale miałam szczęście, bo trafiłam do mądrych ludzi. Najpierw do przyjaciółki mamy, Stefanii Tarkowskiej. Potem, gdy pyły wojny zaczęły opadać, odszukała mnie cioteczna siostra mojego ojca. Losy rzuciły ją na Mazury, do Szczytna. Przyjechała do Warszawy podczas ciężkiej, powojennej zimy, przywiozła mi kożuszek, buty. – „Jak się tylko tam urządzę, zabiorę cię do siebie” – obiecała. Trochę u niej pomieszkałam, ale umierałam z tęsknoty za bratem Rysiem. On trafił do domu dziecka w Aleksandrowie Łódzkim. To był kolejny dramat, że nie mogliśmy być razem, nie było takiego kleju, który mógł nas skleić. – Ty nie miałaś dzieciństwa – powiedział mi kiedyś Jeremi Przybora, gdy opowiadałam mu swoje losy.

Ty miałaś bachorstwo. Myślisz, że sztuka pomogła ci to wszystko przetrwać?

Na pewno. Miałam ze sobą od dzieciństwa sztambuszek, notes, nieco ładniejszy niż zwykły zeszyt, gdzie napisałam na okładce „Krysia sama dla siebie”. Rysowałam w nim krasnoludki, kwiaty. Napisałam nawet książkę „Tyłem do słońca”. Mogłam ją później wydać, ale wówczas musiałabym pisać o tamtym strasznym czasie, o biedzie. Nie chciałam, wolałam chichotać. Kiedyś, kierownik domu dziecka, gdzie był Rysio, zapytał mnie, co ja chciałabym w życiu robić. – „Tańcować” – odparłam bez zastanowienia. On jednak stwierdził, że na profesjonalny taniec już za późno. Gdy pokazałam mu swoje rysunki, orzekł, że zabiera mnie do Aleksandrowa, zaś do szkoły pójdę w Łodzi. Tam skończyłam liceum plastyczne. Maturę zdałam z nagrodą, choć z matematyki byłam największą kretynką. I w wieku 16 lat dostałam się do ASP w Warszawie. Szkoda, że się na jednej rzeczy nie skupiłam, tylko wszystko chciałam robić, wszystkiego próbować. Ciągle mi było mało.

 Energia wciąż się z ciebie wylewa, choć wiem, że niedawno przeszłaś dwie poważne choroby. To wygląda trochę tak, jakby to cię jeszcze nakręciło.

Wiesz, że coś w tym jest? Przecież ja jestem okropnie stara! Powinnam być w Alei Zasuszonych (śmiech), powinnam się nie wygrzebać z tego udaru, bo to okropna choroba. A ja, choć nie mówiłam, już na drugi dzień  sama weszłam na piąte piętro.

Nie mówiłaś? 

– Tak, kompletna cisza. Najdziwniejsze było to, że to wszystko stało się niezauważenie. Nic mnie nie bolało, nie było żadnego huraganu, trzęsienia ziemi. Wieczorem jadłam kisiel, bo niemal od początku życia nie siadam do wystawnych kolacji. Kiedyś z biedy, później z  wyboru. Jadłam więc ten kisiel. Przyszedł mój znajomy  i o coś mnie zapytał. A ja już nie mogłam odpowiedzieć, choć samodzielnie zaniosłam kubek do zlewu. Tylko nie mogłam oderwać go od swojej dłoni. Nie chciałam pogotowia, jednak rano, gdy nic się nie zmieniło, nikt nie zważał na moje protesty, tylko wezwali pomoc. Najpierw siedziałam na szpitalnym korytarzu. Za każdym razem, kiedy ktoś przechodził, zasłaniałam twarz rękami. Nie wiem dlaczego, przecież byłam nikim. Potem spędziłam tam trzy tygodnie. Dostałam, jak na szpital, całkiem miłą salę. Powiedziano mi, że w tym samym łóżku leżał kiedyś Andrzej Wajda, więc później żartowałam, że śpię z Wajdą. Codziennie rysowałam koty i anioły i zupełnie nie miałam problemu z samodzielnym poruszaniem się. Przychodzili lekarze, kręcili głowami, mówili: „Co my wiemy o udarze?”.Nie pasowałam do typu takiego chorego. Jest taka książka znakomitej lekarki, która sama przeszła udar. Pisze w niej, że na drugi dzień głośno powiedziała, jak nazywa się jej matka. Kompletnie zaś nie wiedziała, kim ona jest. Miałam to samo. Głośno powiedziałam: „Anna Berdowska”. A ja? Nie miałam pojęcia. Kiedy przyszedł mój bratanek, Kuba Sienkiewicz, lekarz neurolog, kilka razy powtórzył mi swoje nazwisko. –
Ty też się tak nazywasz – powiedział, a ja zapamiętałam. Poza tym – nie wiedziałam nic.
Cały mózg ktoś wymazał mi gumką myszką.

Jakby w komputerze, jakim jest człowiek, padł twardy dysk.

Właśnie. Przyszła do mnie pani logopedka i pokazała mi dwie pocztówki. Pyta, co to jest, a ja milczę. Nie wiem. Wiesz, co to było? Kot i pies. Całe moje życie. Ale piosenki pamiętałam, razem zaśpiewałyśmy „Sto lat”. Przypominały mi się fragmenty monologów. Powoli, kawałek po kawałku, odzyskiwałam swoje życie.

Teraz już znów jeździsz na spotkania autorskie?

Tak, jestem niezniszczalna (śmiech). Właśnie wczoraj wróciłam z Ciechanowa. Zachęcałam ludzi, żeby zadawali mi pytania, bo wiem, że są ciekawi, ale czasem krępują się zapytać. Żartowałam, że chętnie powiem wszystko, na przykład ile lat mają moje koleżanki (śmiech).

Krysiu, ludzie kochają twoje książki. One są zarówno napisane, jak i wyhaftowane. Cacka po prostu.

Właśnie, cacka. Kocham to słowo. Jest takie pojemne, trochę zapomniane, niezwykle urocze. Teraz Wydawnictwo Prószyński wznowi moją książkę   pod tym właśnie tytułem. Cieszę się, bo dostaję od ludzi znaki, że na nią czekają. Tak samo jak na „Haftowane gałgany”, które napisałam 20 lat temu.

Mieszkasz tak, jak piszesz. Wśród uroczych przedmiotów, własnoręcznie zrobionych, oryginalnych.

Tak. To mi także daje siłę, radość życia. Że mam swoje graty. Kiedyś należały do innych ludzi, teraz ja się nimi cieszę. O, ta szafa na przykład.
Widzisz, że ona ma oczy? Zrobiłam je z kawałków znalezionych gdzieś, wyrzuconych przez kogoś. Te makatki prawie wszystkie są wyhaftowane przeze mnie.
Nawet ogród mam umeblowany! No i wszędzie mają swoje miejsca moje koty.
A przy sypialni, którą mam na pięterku, co bardzo dobrze wpływa na mój kręgosłup, bo czy chcę, czy nie chcę, muszę się ruszać, stoi gałgankowy bodyguard. On mnie chroni (śmiech).

A jak się odżywiasz? Zdrowo?

Rano zalewam łyżeczkę siemienia, ostropestu i kozieradki gorącą wodą. Piję ten napar i to jest moje śniadanie. Na obiad zupę z kaszek. Lekkie rzeczy. Rzadko jem mięso, choć smakują mi ryby. Ale słodycze wprost ubóstwiam. Na przykład krówki ciągutki z Milanówka. Wrzucam je sobie do kawy, a one się tam powoli rozpuszczają. Boże, jakie to jest dobre!

Mówiłaś, że trochę ćwiczysz?

Tak, ruszam się, ile mogę. Może to zabrzmi dziwnie, ale wciąż mam niezłe cycki. No i zero podwójnego podbródka, dzięki ćwiczeniom i powtarzaniu przesadnie „o” i „x”.

Jakie masz marzenia? Co byś chciała?

Zaskoczę cię. A może nie. Wciąż chciałabym chichotać. I tańcować.

KRYSTYNA SIENKIEWICZ
aktorka filmowa,  teatralna i telewizyjna. Niekwestionowana gwiazda „Kabaretu Starszych Panów” i kabaretu Olgi Lipińskiej „Właśnie leci kabarecik”. Autorka książek, malarka. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. 

Reklama