To jest cyrk, nie apteka

Te apteki stoją na skraju bankructwa i jeśli nikt im nie pomoże, to ich po prostu nie będzie. O historii apteki z Wicka oraz trudnościach aptek w małych miejscowościach opowiada mgr farm. Beata Lis.

Rozmawiał: Adam Górczyński

W gminie Wicko, która należy obecnie do powiatu lęborskiego w województwie pomorskim, mieszka nieco więcej mężczyzn niż kobiet. To rzadkość. Różnica byłaby jeszcze większa, gdyby mężczyźni z tej miejscowości żyli o dziesięć lat dłużej. Ale tak nie jest. Mieszka tu łącznie
6 tys. osób. W okolicach znajduje się kilka atrakcji turystycznych. Najstarsza z nich to barokowy kościół z 1659 r. pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Roszczycach – wsi należącej do gminy Wicko. W gminie jest kilka rezerwatów, a w Wicku jest jeden z nich, Nowe Wicko. Wokoło jest więc zielono. Kiedyś było tu Morze Bałtyckie, ale po dawnej zatoce pozostało jezioro rozlewiskowe, które nosi tę samą nazwę co miejscowość i gmina. 

Tak więc gdyby wody zatoki się nie cofnęły, nie pisałbym tego wszystkiego, bo Wicka w ogóle by nie było. I nie byłoby w nim mgr farm. Beaty Lis, która po swojej farmaceutycznej wędrówce przez Słupsk, Piłę postanowiła się właśnie tu osiedlić, jak to się mówi, na dobre i na złe. 

Zacznijmy od dobrego

W Wicku od dawna jest ośrodek zdrowia. Kiedyś, gdy lekarze wypisali leki na receptę, pacjenci szukali osoby, która pojedzie je zrealizować do pobliskiego Lęborka, ponieważ w Wicku, zanim nie pojawiła się Pani Beata, od kilku już lat nie było apteki. Przy tak zorganizowanej społeczności, że z kilkoma receptami jedzie jedna osoba, było taniej. Dzięki temu można było też zaoszczędzić czas. Nie wiem oczywiście, czy czas był wówczas dla miejscowej ludności aż tak bardzo cenny? Tak więc: „We wsi od ponad pięciu lat stał pusty lokal, w którym dawniej mieścił się Cefarm, a potem jeszcze inna farmaceutka prowadziła tu aptekę, ale też zrezygnowała. Wójt gminy poszukiwał farmaceuty, który zorganizowałby tu ponownie aptekę. Kusił lokalem z przylegającym mieszkaniem, ale nikt nie chciał się tego podjąć” – wspomina
mgr farm. Beata Lis.

Dookoła życie staje się bardziej nowoczesne

Polska już kilka lat była w Unii Europejskiej. We wsi Wicko postawiono ekologiczne wiatraki powietrzne produkujące energię, ale nadal jeden mieszkaniec zbierał recepty i jechał do apteki
w Lęborku. Nikt nie chciał zasiedlić tego pustego lokalu po Cefarmie. Sprawa jeszcze bardziej się skomplikowała w czasach rządów premiera Donalda Tuska, gdyż rozpoczęło się tak zwane wykluczenie komunikacyjne i to dowożenie leków trwało jeszcze dłużej. Przypuszczam, że trzeba było szukać mieszkańca z samochodem, a może
z końmi czy rowerem, choć te dwa ostatnie rozwiązania podpowiada mi bardziej moja wyobraźnia niż zdobyte informacje. Sprawa, o której piszę, jest poważna, bo niekiedy lek potrzebny jest błyskawicznie. Bez niego pacjent mógłby wrócić sam do zdrowia albo – co mam nadzieję nigdy się nie stało – umrzeć. 

Tak więc społecznie niebezpieczny pustostan zakończył się, gdy na ofertę naciskanego przez miejscową ludność wójta odpowiedziała Pani Beata, która zorganizowała w Wicku aptekę
i prowadzi ją od 23 lat. To dzięki jej farmaceutycznej kompetencji zlikwidowano kolejne pięcioletnie wykluczenie mieszkańców Wicka w dostępie do produktów farmaceutycznych. 

Per aspera ad astra

Rozpoczęcie działalności w Wicku nie było łatwe, bo jak mówi bohaterka tego reportażu: „to była wielka niewiadoma i ogromne ryzyko”. Zanim podjęła ostateczną decyzję, pytała więc znajomych ludzi z branży, a także miejscowych, co myślą: otwierać czy nie otwierać? Wszyscy raczej jej to odradzali, bo przecież jak inni zrezygnowali, nawet Cefarm, to dlaczego jej miałoby się udać? Postanowiła jednak zaryzykować i, jak sama mówi, nie żałowała. Jeszcze pięć lat temu otworzyła w pobliskiej wsi Powłocie dodatkowy punkt apteczny. Przez wiele lat nie żałowała. Wszystko układało się dobrze, a może nawet bardzo dobrze. Ale kiedyś, mówi Pani Beata, „to można było nawet gdzieś wyjechać, nawet nie za granicę tylko w Polsce, wykupić sobie wczasy, wynająć apartament, a teraz, to znaczy gdzieś od 12 lat, to wszystko zaczęło się z tymi aptekami zmieniać na gorsze”.

Przejdźmy więc do gorszego

Zaczęło się to od momentu, kiedy wprowadzono marże degresywne na leki refundowane, twierdzi bohaterka mojej opowieści. 

Od samego początku apteka „Pod Agawą”
w Wicku za pośrednictwem Pani Beaty i jej zespołu wręcza „Modę na Zdrowie”. Pacjenci przychodzą i pytają o miesięcznik i przy okazji realizują recepty oraz kupują inne produkty. Są to stali, wierni pacjenci od lat, którzy pojawiają się w aptece zawsze na początku miesiąca. Niektórzy mówią, że nie wyobrażają sobie życia bez „Mody na Zdrowie”. „Pytają tylko o ten magazyn, choć mam też inne, ale ich nie kupuję, tylko dostaję,
a i tak pacjenci ich nie chcą” – mówi Pani Beata. Ucieszyłem się więc bardzo i jeszcze bardziej chciałbym, żeby z tej rozmowy coś dobrego wyniknęło dla apteki w Wicku i Pani Beaty, która od lat z nami współpracuje i postanowiła nagłośnić swoje obserwacje za pośrednictwem „Mody na Farmację”, bo inni, jak twierdzi, trochę się boją albo uważają, że i tak nic się nie zmieni. 

Pytam więc swojej rozmówczyni, z czym jest największy problem? Umówiliśmy się na wywiad. Przygotowałem więc kilka pytań, ale Pani Beata bez nich doskonale sobie radziła. W trakcie naszej rozmowy zmieniłem pomysł, że będzie to opowieść o losie właściciela małej polskiej apteki. Takich aptek jest już niewiele, bo wielki przemysł farmaceutyczny tymi małymi aptekami zupełnie nie jest zainteresowany. 

Dlaczego to się nie opłaca?

Otóż na wieś przychodzą ludzie z receptami na leki refundowane – mówi Pani Beata – nie możemy się porównać do miasta, gdzie ludzie kupują też inne rzeczy (szampony, pasty do zębów, kosmetyki, leki OTC itd.). Na tych produktach marża jest normalna, od 20 do 40 proc., a to już jest bardzo dużo. Oczywiście apteki sieciowe mają jeszcze większą marżę na tak zwanych markach własnych. A na lekach refundowanych wszędzie jest ustalana odgórnie. I to jest ten problem. Apteki w dużych miastach sobie radzą, bo zarabiają na sprzedaży innych produktów, których w małych miejscowościach pacjenci nie kupują. A wszystko trzeba opłacić i koszty ciągle rosną. Na przykład w zwykłym sklepie marża wynosi 25 proc. i nikt nie ma żadnych limitów. A u nas jest cena za te leki refundowane od limitu i teraz co trzy miesiące moje koleżanki z innych miejscowości zauważyły, że jeszcze te limity są zmniejszane, o czym nikt nie mówi, i w rezultacie marża jest jeszcze mniejsza. Ile my się naprzerzucamy tych leków, coraz więcej się od nas wymaga. Samo przyjęcie towaru do apteki, sprawdzanie serii itd. zajmuje półtorej godziny. Te wszystkie formalności są dla takiej małej apteki bardzo uciążliwe – żali się Pani Beata. 

A co jest najbardziej uciążliwe?

W tej chwili serializacje. Bierzemy do ręki każde pojedyncze opakowanie, a mam ich na przykład parę kartonów, każdy sprawdzamy, jaka jest seria w komputerze, a jaka na opakowaniu. Jakby to nie mogło być na etapie hurtowni. Jeżeli jest zła seria, a my chcielibyśmy to kiedyś oddać, to nie oddamy, bo nikt tego nie przyjmie, więc musimy to wszystko sprawdzać. Czy to w czymś pomaga? Nawet nie wiem, a dla nas to jest uciążliwe, oczy słabną, poza tym trzeba opłacić pracowników, ponieść wszystkie inne koszty, a z tej marży, która jest naprawdę mała, to wszystko nie wychodzi. Wprowadzono te marże już dawno i cały czas są sztywne i się nie zmieniają – irytuje się moja rozmówczyni z Wicka. 

A jak to Pani zdaniem powinno być zorganizowane? 

Ta marża powinna być sztywna w całej Polsce, to znaczy taka sama cena na lek refundowany, tak jak jest, tylko że ona jest za mała. Ja biorę kredyty co jakiś czas, żeby się ratować i zapłacić hurtowni, aby dalej tę aptekę prowadzić. 

Czyli należałoby zwiększyć marże na leki refundowane? 

Kiedyś na przykład miałam lek onkologiczny za 3000 zł, to ja miałam z tego 600 zł, czyli 20 proc. marży. To było oczywiście bardzo dużo, ale potem wprowadzono te marże degresywne i teraz to jest 50 zł. A z kwot małych to marża za lek wynosi 2-3 zł. To hipotetycznie nawet gdyby wszyscy
w Wicku kupili leki z taką marżą, a jest to 6 tys. osób, to apteka Pani Beaty miałaby obrotu około 13 000 zł miesięcznie – pomyślałem – ale nic nie powiedziałem, bo wiem, że to wyliczenie to czysta teoria i jakaś bezsensowna statystyczna bzdura. Zresztą moja rozmówczyni zaraz zaczęła dalej mówić… to są moje własne lokale, więc ja nie płacę dzierżawy, nie mam tu konkurencji, ale czasami i tak mam tego wszystkiego dosyć, bo się narobię, naprzerzucam, a nic z tego nie mam. Nie mogę sobie pozwolić na dobry urlop. Pojechałam w tym roku do koleżanki, która miała wolne mieszkanie, bo nie stać mnie było na urlop za granicą. Mogę sobie jedynie odłożyć na jedzenie. Z jednego pracownika muszę teraz zrezygnować, bo nie mam z czego opłacić pensji, a to znaczy, że będzie jeszcze więcej pracy. Rozumiem, że sieciówki pewnie sobie dadzą radę… więc ja proponuję albo jakiś dodatek wiejski, albo jakieś ustawowe wyliczenie, albo niech państwo weźmie te apteki i spróbuje je prowadzić. Biuro rachunkowe, które mnie obsługuje, dziwi się, że nie mam pieniędzy z tych dwóch aptek, niby na papierze to one są, ale jak się to wszystko popłaci, to wiele nie zostaje.

Przejdźmy więc do najgorszego

Ja mam porównanie, jak było kiedyś, a jak jest teraz. Teraz to po prostu czasami ręce opadają – pracuje się i nie ma się żadnej satysfakcji z tego. Jeszcze więcej nam dokładają. Kasa fiskalna – mam dwie kasy, bo mam dwa okienka w aptece, ta druga kasa jest tylko dlatego, bo wprowadzono opcję zwolniony z VAT, my na tej starej nie sprzedajemy, bo na tej kasie nie można tego podatku wprowadzić, a nowej nie ma za co kupić. Przydałaby się, ale kosztuje 3000 zł, to jest dla mnie za drogo po prostu. Przy jednym okienku jest kolejka, bo na drugim nie mogę z tego powodu sprzedawać. I niby apteka jest prywatna, a jaka to jest prywatna apteka, jeżeli ja zależę całkowicie od marży ustanowionej przez państwo?

A może należy wprowadzić wysokomarżowe produkty apteczne?

Mam te produkty, może Pan przyjechać, ja mam całe półki ologowane. Jestem w takim programie partnerskim, gdzie mam plany przygotowane jak w sieciówkach, mam też dużo tańsze leki, żeby konkurować z sieciówkami, chociaż ich tu nie ma i nie będzie. Ja nie próżnuję, tylko ciągle coś robię, żeby było lepiej, ale nie mogę za wiele, bo mam zamknięte pole przy tych lekach refundowanych, marże się nie zmieniają od 12 lat, to trwa za długo. Nie wiem, dlaczego Izba Aptekarska nie alarmuje. Część pacjentów ucieka, bo myśli, że w sieciówkach wszystko jest tańsze, a refundowane są jednakowe. Zdarza się tak, że u mnie jest drożej, to wtedy już opinia spada, że wszystko jest drogie, więc muszę walczyć jeszcze z tym, a i tak część klientów nam ucieka. Jadą 10 km do Łeby albo 20 km do Lęborka.Jeżeli tak dalej będzie, to te małe apteki będą bankrutować! Ja już któryś raz biorę kredyt, bo chcę tę aptekę prowadzić. Trzeba dbać o to, co istnieje, farmaceuci muszą mieć też satysfakcję finansową.

Oczywiście mam satysfakcję z udzielania porad pacjentowi, gdy się uda zamówić komuś jakiś lek, bo wielu leków nie ma. Trzeba polować na lek, rano sprawdzamy, czy jest, bo gdy jest, a długo go nie było, to zaraz dzwonimy, bo za 5 minut go znowu nie będzie. I jak nam się uda pomóc pacjentowi, to też jest satysfakcja. Ale to wszystko bardziej wygląda na cyrk niż na aptekę. Cały czas jest nerwowo i człowiek jest zmęczony tym wszystkim. Ale wydaje mi się, że jest jednak potrzebna ta moja apteka w Wicku. 

Reklama