Najlepszy sposób na lęk

Żyjemy w czasach, kiedy koncentrujemy się głównie na tym, jak wpływać na innych ludzi, jak nimi zarządzać, jak przekonywać itd. Ale w tym wszystkim odcinamy się od samych siebie. A to pożywka dla lęku – mówi Robert Rutkowski, terapeuta uzależnień.

Autor: Joanna Rachoń

Co się stało z lękiem, że z uczucia znanego każdemu stał się jednostką diagnostyczną? Że coraz częściej jest powodem wizyt w gabinetach psychiatrów i terapeutów?

Z lękiem nie stało się nic nowego, to z nami coś się stało! Człowiek, który nie odczuwa lęku, nie jest w stanie normalnie funkcjonować. A my zaczęliśmy lęk traktować jak dopust boży, coś z czym należałoby walczyć. To kardynalny błąd! Lęk jest starszym bratem stresu, i jeden, i drugi stan oznacza reakcję fizjologiczną organizmu na określone sytuacje. To czysta chemia mózgu: na skutek stresu wydziela się kortyzol i adrenalina, neurohormony, które mają jedno zadanie – pomóc pokonać problem. A założę się, że jak poskarży się pani, że pracuje w miejscu, gdzie ma ciągły stres, usłyszy od lekarza: to proszę zmienić pracę.

A co powinnam usłyszeć?

Proszę zmienić stosunek do stresu! Tylko mało kto to pani powie, bo ta zmiana, jak każda inna, wymaga wysiłku. Łatwiej jest wziąć pigułkę.

Czasami bez pigułki się nie da.

To prawda, są oczywiście sytuacje, kiedy się nie da. Ale wbrew pozorom nie są to sytuacje częste. To musi być stres permanentny, trwający niekiedy wiele lat, kiedy człowiek z jego powodu zaczyna chorować. Wtedy oczywiście trzeba się leczyć. Z mojej praktyki wynika jednak, że za mało sami dbamy o to, żeby stres nas mobilizował do działania, czyli był, czym ma być, a nie przeradzał się w lęk jako stan permanentnie nam towarzyszący. A wie pani, jaki jest najlepszy sposób na lęk?

Jaki?

Nie bać się go. To trochę pokrętne, ale… Kiedyś zwiedzałem Blenheim Palace, gdzie urodził się Winston Churchill, i u niego w biurze zobaczyłem napis na ścianie: W życiu człowiek powinien najbardziej bać się swojego strachu. A wie pani dlaczego? Bo strach odcina od rozumu! Lęk odcina od rozumu. Rośnie poziom kortyzolu i adrenaliny, mózg to rozumie jako: uciekaj albo walcz. W organizmie zachodzą dalsze reakcje fizjologiczne, o których trzeba dwa słowa powiedzieć, bo dużo nam wyjaśnią. Gęstnieje krew – to ewolucyjne: bo jeśli walcz, znaczy że może polać się krew. Czasy się zmieniły, ale mechanizm działa identycznie. Mózg nie odróżnia zmiany scenografii, reaguje na bodziec. A kiedy krew gęstnieje, mniej jej dopływa do mózgu. To też ma swoją rolę: masz przestać myśleć, a zacząć działać. Uciekaj albo walcz, nie kombinuj. Stres powoduje, że stajemy się bezmózgowcami. A jeśli jest permanentny, nie korzystamy z zasobów wiedzy, jaką posiadamy. Zagęszczona krew dostarcza mniej tlenu do mózgu, a jeśli to trwa nieprzerwanie, mamy całą listę dolegliwości: od kardiologicznych, gastrologicznych, seksualnych, zaburzeń łaknienia, po uzależnienia. Człowiek odcina się od możliwości normalnego funkcjonowania.

To jak z tym walczyć?

Nie walczyć. Im bardziej walczymy, tym bardziej uruchamia się ten mechanizm, który opisałem.

Ale są ludzie, którzy przeżywają lęk paraliżujący. Co można z nim zrobić?

Sposób jest perfidny: trzeba mu się poddać. Dopiero gdy się poddamy, schodzi napięcie, więc zaczynamy myśleć. Możemy kontrolować przeciwnika. Poddajemy się, ale nie tracimy kontroli. Tego się trzeba nauczyć, to nie jest wrodzona umiejętność. To rozpisywanie sobie plusów i minusów pewnych zachowań. Kiedy jestem najbardziej wkurzony, nie mogę sobie mówić: uspokój się, cicho już, cicho. Im bardziej chcę się uspokoić, tym bardziej jestem wkurzony. Więc poddaję się temu: daję sobie prawo do bycia wkurzonym. Ten pan zajechał mi drogę, więc daję sobie prawo, żeby powiedzieć mu, kto tu rządzi na tym pasie ruchu, ale tego nie zrobię, bo jemu daję prawo, żeby zachowywał się jak idiota. Taki proces myślowy można wyćwiczyć, on sprawia, że opadają emocje, oszukujemy atawizm.

A kiedy stres przeradza się w lęk?

Kiedy brakuje w naszym życiu sytuacji, gdy mówimy sobie: STOP. Odpuszczam! Kiedy pakujemy swoją małą walizeczkę, udajemy się na dworzec PKP lub na lotnisko i na chwilę znikamy, bez laptopa i komórki służbowej, które grzecznie poczekają na nasz powrót. Musi być w naszym życiu czas pracy i czas odpoczynku. Jakakolwiek by ta praca była: czy to maklera w londyńskim City, czy pani prezes, czy matki dzieciom, pracującej w domu i non stop będącej na każde ich zawołanie. Musi być czas, kiedy umiemy powiedzieć wszystkim wokół i swoim sprawom: nie ma mnie dla was. A my coraz rzadziej to umiemy.

Znam wiele osób, które tak żyją, ale nie widać, żeby dręczył je lęk.

Jest pani tego pewna? W czasie swojego ostatniego wyjazdu miałem okazję asystować przy narodzinach tego potwora, jakim jest lęk permanentny. W wymarzonej kilkudniowej podróży po Irlandii towarzyszył mi bowiem mój serdeczny kolega. I zapewniam panią, że nie ma nic gorszego, niż być skazanym na towarzystwo kogoś, kto non stop jest w stanie gotowości. Nawet na autostradzie potrafił się zatrzymać, żeby połączyć z firmą przez laptop, non stop na telefonie z pracownikami… Papieros za papierosem, alkohol, żeby napięcie zrzucić. Mogłem przez tych kilka dni nakręcić film instruktażowy, jak sobie zrobić krzywdę. Czułem się jakbym był z pacjentem, ale gorzej, bo moi pacjenci zdają sobie sprawę, że mają problem, a on kompletnie wszystko wypierał, nie wiedział, o co mi chodzi. Na propozycję, że może na księżyc popatrzymy, albo na uwagę: a wiesz, duże wrażenie zrobił na mnie wiersz Baudelaire’a o sztucznych rajach – patrzył na mnie, jakbym mu zaproponował, żebyśmy sobie polatali. Facet wykonał coś, co jest główną przyczyną pojawienia się lęku: przesterował. Stan nieustannego napięcia musi prowadzić do lęku, a w konsekwencji do depresji po prostu.

A nie ma pan wrażenia, że za takimi zachowaniami stoi często tak po prostu banalny brak miłości, a może nawet nieumiejętność jej przyjmowania?

I to jest w punkt! Dziura emocjonalna. Jeśli nie zostaliśmy wyposażeni w taką niezbędną do życia umiejętność samoakceptacji – bo to jest umiejętność, ją trzeba zdobywać – jeśli nasi rodzice z jakichś powodów powściągnęli się w obdarzaniu nas komunikatem pozytywnym, a zamiast tego obdarzali ciągłym brakiem akceptacji, to ta dziura emocjonalna, z jaką wchodzimy w życie, tylko się powiększa. Bo przecież można być ateistą, można też wierzyć w Boga, być muzułmaninem, żydem lub kimkolwiek – każdy ma potrzebę bycia kochanym, bezwarunkowo akceptowanym.

Nie każdemu udaje się tego doświadczyć.

Dziś rano pacjentka mówi mi, że poczucie akceptacji uzyskuje w swojej firmie, gdzie jest wysokiej klasy specjalistą. – Ale musi pani sobie na tę akceptację zapracować, prawda? – No tak – odpowiada ona. I to jest to: my ciągle musimy wypracowywać sobie akceptację, aplikować. Być petentami – tym bardziej pokornymi i zabiegającymi, im mniej dostaliśmy tej akceptacji bezwarunkowej, nie uzależnionej od tego, jak się zachowujemy.

Tak może kochać tylko rodzic. A jeśli nie umie?

Ja bardzo często mówię rodzicom: wam nie wolno odtrącić swojego dziecka tylko dlatego, że robi złe rzeczy. Komunikat do dziecka musi być sformułowany na zasadzie: kocham cię, zawsze ci pomogę, ale nie akceptuję tego, co robisz. To wcale nie jest sprzeczność. Mamy prawo okazywania niezadowolenia swoim dzieciom, swoim partnerom, kochając ich. Ale to trzeba wyraźnie rozdzielać. Wtedy krytyka albo wymagania nie są traktowane jak odrzucenie, nie skutkują utratą poczucia bezpieczeństwa. Początkiem owej dziury emocjonalnej może też być przeżyta trauma – pewien rodzaj uwięzienia w czasie, kiedy człowiek nie może pójść do przodu, bo ciągle wraca do jakiegoś zranienia, wydarzenia, porzucenia…

Wtedy jest miejsce na wybaczenie.

Brak wybaczenia, poczucie krzywdy pielęgnowane latami to też idealna pożywka dla lęku. Wie pani, ja całe życie miałem bardzo trudne relacje z ojcem. Mówiliśmy o braku akceptacji – otóż dla mnie to on był sprawcą tego doświadczenia. Czegoś podobnego doznał od swojego ojca, a mojego dziadka, był bardzo pogubionym człowiekiem. Ta dziura emocjonalna, niestety, jest dziedziczona. Ale pamiętam, jak ważnym przeżyciem była dla mnie jego śmierć, 10 lat temu. Zdążyłem się z nim pogodzić, nie padliśmy sobie w ramiona, ale wybaczenie było. Często w gabinecie, gdy ktoś dzielił się stratą kogoś bliskiego, mówiłem: rozumiem. Dopiero kiedy sam to przeżyłem, zrozumiałem, jakie to jest trudne. Ale że może też nieść jakieś odkrycie, wywołać pozytywną zmianę. Zapragnąłem nauczyć się żyć tu i teraz, cieszyć chwilą, rozkoszować tym, co jest. Bo myśląc o ojcu, widziałem kogoś, kto nigdy nie umiał skoncentrować się na teraźniejszości, on ciągle gnał. Dla niego nowość była wartością samą w sobie. Mogłem to przeżyć, bo przebaczyłem, nie byłem już skoncentrowany na swoim żalu do niego, gniewie.

To jak się pan tego nauczył? Tego życia tu i teraz.

Mi było łatwiej, bo ojciec wprawdzie mnie permanentnie odrzucał, za to matka wykonała ogromną pracę. Mama zawsze była dla mnie balsamem, plastrem… Wie pani, że ja byłem maminsynkiem? Na kolonie z mamą jeździłem, ona mi tłumaczyła, skąd się biorą dzieci, do dziś mnie uczy różnych rzeczy – na przykład jak korzystać z gmaila, ma 80 lat, ale jest bardzo biegła w internecie… niestety, zachorowała na bardzo ciężką chorobę Parkinsona. Widzę, jak z każdym miesiącem jest jej mniej, to proces coraz silniejszego poczucia we mnie, że się z nią żegnam. Nawet jak wyjeżdżam, rozmawiamy codziennie na Skypie. Któregoś dnia, kiedy tak zobaczyłem ją uśmiechniętą, szczęśliwą, że się wyspała, włączyło mi się myślenie o przeszłości. Że nie ma tam nic zabagnionego, że wszystko mam pozałatwiane! Żeby móc się cieszyć teraźniejszością, trzeba pozałatwiać zaległe sprawy.

Niełatwe zadanie.

Tak, do tego stanu, w jakim jestem dzisiaj, droga wiodła kręta. Ale któż bardziej może docenić życie w równowadze, niż ktoś, kto nie raz i nie dwa tę równowagę stracił? Wiem też, że to nie jest coś, co mamy raz i zostanie z nami na zawsze. To wymaga dużej uważności.

Niech pan to wytłumaczy.

Łatwo się zapomnieć. Jeśli jemy pięć razy dziennie, odpowiednio śpimy, dbamy o wypoczynek, ruch, rozwój, nagrodą za to jest spokój wewnętrzny. Dla mnie takie życie nie jest synonimem nudy, bardzo je doceniam. Ale mam wielu kolegów, dla których nie jest to interesująca propozycja. Ja adrenaliny dostarczam sobie biegając albo przejażdżkami na motocyklu. Są na to różne patenty, ważne, aby to, co robimy, nie wywoływało w nas poczucia winy (to kolejna pożywka dla lęków!) Ale coś pani powiem. Mając swoje lata, swoje doświadczenia, wiem, jak bardzo ciężko jest mężczyźnie wypracować sobie taką równowagę samemu. Nie wiem, czy by mi się to udało czynić tak, jak teraz mi się udaje, gdybym nie miał obok siebie kobiety, która jest jakimś ważnym uzupełnieniem mnie. Singlom jest znacznie trudniej, nie mają informacji zwrotnej na gorąco. Takiej uczciwej, bez manipulacji, presji. Bo jaka to harmonia, jeśli partnerzy bez przerwy myślą: czy przypadkiem ona/on mnie nie zdradza? Mi się udało. Stwierdzam, że czasami warto czekać nawet wiele lat, żeby wyczekać tę właściwą chwilę.

A jak się ma dziura emocjonalna?

Wie pani, żeby przestała wciągać, wystarczy spotkać w życiu jedną osobę, która pokocha bezwarunkowo. Ja mam to szczęście, że spotkałem dwie.

 

Reklama