Miłość bratnich dusz

Dlaczego jesteśmy gotowi wyrzec się miłości i żyć bez niej? Dlaczego za nią podążamy i jej pragniemy? Co spowodowało, że niektórym z nas brakuje wiary w to, że na nią zasługują i kiedyś ją jeszcze odkryją? Zapraszam na piąte spotkanie  „Mody na Zdrowie” z profesor psychiatrii Judith Orloff.

opracowanie i rozmowa: Adam Górczyński

Czy koncepcja bezwarunkowego pogodzenia się z rzeczywistością, o której rozmawiamy od kilku miesięcy, dotyczy też miłości?

Pogodzenie się z rzeczywistością i samym sobą to droga do szczęścia. W tej podróży, w tej drodze, mamy być gotowi na spotkanie miłości. Mam na myśli nie tylko miłość do drugiej osoby, bo bez tej pierwszej miłości, miłości do siebie, ta druga jest w zasadzie niemożliwa. Całkowite pogodzenie się z rzeczywistością obejmuje na przykład pełną akceptację swojego ciała, a tylko wówczas możemy wypełnić je zmysłowością i podążać za głosem serca.

„Błogość życia”, o której Pani pisze w swojej książce, można osiągnąć poprzez zanurzenie się w błogi stan miłości… Ale nie możemy wskakiwać do oceanu, nie umiejąc pływać. Nasza intuicja, odwołanie się do duchowości są drogowskazami. Naszą „kartą pływacką” potwierdzającą pełną gotowość lub całkowity jej brak. Osobiście mam swoją prywatną modlitwę do miłości, bo jestem na nią gotowa. Każdy powinien mieć swoją. Nie można niczego dostać, nie prosząc o to. Chce Pan usłyszeć?

Oto ona: wierzę w miłość. Zależy mi na relacjach, w których głębia przyzywa głębię – na kontakcie na tyle silnym, żeby dało się poczuć w nim siłę wszechświata. Pragnę kochać w życiu tak szaleńczo, jak tylko to możliwe. Chcę się wyzwolić od wszelkich wewnętrznych i zewnętrznych przeszkód, które mogłyby mnie w tym ograniczać. Myśl o dopuszczeniu drugiego człowieka do własnego serca napawa mnie jednocześnie fascynacją i strachem, bowiem pogodzić się z miłością znaczy pozwolić się zabrać w podróż w nieznane.

Antoine de Saint-Exupéry, autor powieści „Mały Książę”, powiedział, że „prawdziwa miłość zaczyna się tam, gdzie niczego już w zamian nie oczekuje”…

Tak, to stan pełnego pogodzenia z rzeczywistością miłości. Akceptujemy wszystko, bo kochamy wszystko. O świętym charakterze łączącym nasze więzi niech świadczy siła tkwiąca w każdej prawdziwej relacji – tej z samym sobą i tych z innymi. Miłość cenię sobie nade wszystko. Cenię sobie jej ton, pogodzenie się z rzeczywistością, do którego właśnie ona mnie zachęca. Cenię trudy, na jakie czasem mnie naraża, dlatego przywołanie róży jako symbolu i Małego Księcia jest bardzo trafny. Cenię też to uczucie rozkoszy, które mnie ogarnia, gdy znika strach i gdy mogę wzbić się wraz z moimi bliskimi do sfery światła.

Amen.

Tak, amen.

Czytała Pani „Kubusia Puchatka”?

Wiele lat temu, ale nie jestem gotowa na zacytowanie czegoś z pamięci (śmiech).

Nasza rozmowa będzie opublikowana w numerze listopadowym „Mody na Zdrowie”, stąd ten cytat, bo to miesiąc, w którym w Polsce wspominamy tych, którzy odeszli. Otwiera on ważną kwestię [na str. 62-63 przyjaciel „Mody na Zdrowie” Tadeusz Ross wspomina swoją babcię Anielę – przyp. red.]:

– A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? – spytał Krzyś, ściskając Misiową łapkę.
– Co wtedy?
– Nic wielkiego – zapewnił go Puchatek.
– Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam.
Kiedy się kogoś kocha, to ten drugi ktoś nigdy nie znika.

Dlatego, gdy mówimy: „Kocham cię ponad życie”, to właśnie mówimy o tym samym, co Puchatek. Świetnie się Pan przygotował (śmiech). Więź duchowa jest fundamentem miłości, dlatego potrafi żyć dłużej od ciała. Może być ona odczuwana tylko przez tak zwane bratnie dusze, z którymi łączy nas coś wyjątkowego, jak gdybyśmy znali się od zawsze. W takiej relacji tkwi jakaś energia, coś, co przekracza wszelkie granice, również intymności, coś, co zbliża ludzi do siebie.

Jak w „Romeo i Julii” – już nie ma balkonu, jest tylko jedność?

W dramacie Szekspira nie pokonano miłości, bo o to chodzi, że miłości dwojga, która stanowi jedno, nie da się pokonać. W niektórych tradycjach poznanie się bratnich dusz ma w sobie coś z ponownego spotkania, tak jakby to spotkanie nastąpiło wcześniej – w celtyckiej tradycji określa się to mianem anam cara.

Boskie światło, które przenika kochające się dusze przyjaciół, które są tak związane, że nie rozłączy ich oddalenie czy śmierć?

Obie strony takich relacji lgną ku sobie mocą szóstego zmysłu. Zdarza się, że to doznanie przychodzi nieco później niż spotkanie. Potrzeba więc trochę czasu, aby dostrzec ten wyjątkowy charakter związku, dopiero gdy on upłynie, wszystko zaczyna się krystalizować.

Odwołując się do mitologii greckiej: „strzała amora trafia prosto w serce”, tyle że z opóźnieniem?

Często tak się dzieje. I wówczas czujemy, że wszystko zdaje się układać w jedną całość. Znajdujemy w sobie źródło w głębi naszej duszy. Tego typu relacje przynoszą bardzo liczne korzyści, choćby świadomość posiadania bliskiego towarzysza, wielki zapał oraz zaufanie do siebie i do drugiego człowieka – takie zaufanie, które pozwala poddać się uzdrowicielskiej mocy miłości. Nie musisz stale funkcjonować na wysokich obrotach, możesz po prostu być sobą. Niczego nie musisz udawać czy udowadniać. Duchowa więź przepełnia nas życiową energią, niekiedy przynosi wręcz rozkosz.

A co zrobić, gdy pojawi się lęk, że to wszystko może się zawalić? Obserwujemy przecież tyle zdrad, rozwodów, cierpień, tragedii. Rodziny przeżywają kryzys?

To jest zupełnie inna sytuacja. Czasami płomień płonie, czasami tli się, a czasem wygasa. Ale zanim o tym porozmawiamy, chciałabym powiedzieć coś, co wydaje mi się bardzo istotne. W prawdziwej miłości nie ma miejsca na wątpliwości. Jeśli pozwolimy sobie na zwątpienie czy lęk przed utratą miłości lub jakieś nadmiernie rozbudowane argumenty logiczne, choćby bezzasadne porównania do innych negatywnych przykładów, i na naszej drodze pojawi się ów strach, to może zablokować serce w jego rozwoju miłości. Zaczniesz odbierać sam sobie nowe doznania i możliwości w zakresie pogłębiania duchowej więzi. Zaczniesz zamykać się na pewien aspekt samego siebie. To byłaby niemądra, żeby nie powiedzieć szkodliwa, decyzja. Jeśli tak postąpisz, możesz potem stale zmagać
się z wrażeniem, że czegoś ci w życiu brakuje. Będziesz odczuwać jakiś dziwny nieukojony ból. Wywołałeś go sam i przygasiłeś płomień.

Czy te wnioski wynikają z doświadczeń praktyki lekarskiej? Bo mam czasem wrażenie, że nie tylko z tego powodu?

Jak wynika z moich obserwacji poczynionych w pracy z pacjentami, którzy właśnie zrezygnowali z podtrzymywania tego typu relacji, wiele osób nie dostrzega zależności między poczuciem niespełnienia a nieodczuwaniem miłości w jej pełnym spektrum.

Uważają, że bez miłości można żyć…

…i co więcej, dobrze sobie w tym życiu radzić. A to jest nieprawda.

Pisze o tym znakomita polska poetka Maria Pawlikowska-Jasnorzewska:
Nie widziałam Cię już od miesiąca.
I nic. Jestem może bledsza,
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca.
Lecz widać można żyć bez powietrza.

Tak, ale właśnie w ograniczonym wymiarze, bez powietrza.

Czy Pani czuje się psychiatrą, czy raczej lekarzem duszy?

(śmiech) Już trzeci raz wprawia mnie Pan w doskonały nastrój. Dziękuję. Mówiąc szczerze, uważam, że medycyna powinna uczyć duchowości i intuicji. Wiedza i intuicja to najlepsze połączenie gwarantujące pełniejszą diagnozę i skuteczniejszą terapię. Ten nurt dopiero się rozpoczyna na świecie, ale mam coraz więcej wykładów dla lekarzy i na niektórych uczelniach są już w tej dziedzinie kształceni lekarze. Proszę uwierzyć, że jako psychiatra bardzo się cieszę, gdy moim pacjentom udaje się nabrać pewności niezbędnej do otwarcia się na miłość. Przecież to miłość jest sensem życia. Niektórzy moi pacjenci przygotowują się do niej tak, jak do gry na skrzypcach, często po raz pierwszy w życiu. Liczy się to, żeby zacząć w ogóle kochać. Mam na myśli nie tylko partnera, może to dotyczyć dzieci, rodziców, zwierząt… Potem staram się odnaleźć w ich życiu te obszary, w których powodują nimi lęki, w których brakuje im wiary i w których zamknęli się na świat. Na miłość.

…albo zostali zranieni i zdradzeni?

Opowiem historię mojego pacjenta Sida. Żona go porzuciła, poznała dwudziestoparoletniego nauczyciela salsy. „W ogóle się tego nie spodziewałem” – stwierdził Sid z wyrazem bólu na twarzy. Nic dziwnego, że jak przyszedł do mnie, przepełniały go gniew i rozczarowanie. Zżerały wątpliwości co do własnej atrakcyjności seksualnej i męskości, a to zawsze jest trudne doświadczenie. Mój pacjent chciał po tym wszystkim powiedzieć miłości: „Nigdy więcej”. Chciał się ukryć w norze jak zranione zwierzę, żeby wylizać rany. Wiedziałam, że należy to uszanować. W takich sytuacjach psychiatra nie powinien się z pacjentem spierać ani zachęcać do zmiany postawy. Trzeba pozwolić na odżałowanie straty, musimy przejść przez ten etap silnych emocji, by otrząsnąć się po szoku, jakim jest zdrada. Proces powrotu do równowagi rozpoczyna się w momencie, w którym człowiek godzi się z rzeczywistością i w swobodny sposób wyraża swój ból i gniew. Emocji nie należy w sobie tłumić. Cały urok terapii polega na tym, że zapewnia ona przepływ energii, dzięki czemu ból nie utknie nigdzie w naszym wnętrzu. […]

Dalszy ciąg rozmowy w numerze listopadowym.  Zapraszamy. 

Nasza rozmówczyni, Judith Orloff, jest autorką bestsellerowej książki “Błogość życia”. W artykule wykorzystane zostały jej fragmenty.

Reklama