Żywot człowieka szczęśliwego

Profesor medycyny, pianista, kompozytor tak popularnych szlagierów jak „Kormorany”. Wieloletni prezes Polskiego Towarzystwa Lekarskiego – Jerzy Woy-Wojciechowski. Jest również przewodniczącym kapituły przyznającej nagrody Anioły Farmacji i Anioły Medycyny, które zostaną wręczone już 26 lutego.

Autor: Grzegorz Kapla Zdjęcia: Marta Wojtal

Spotykamy się przy okazji nagród dla wyjątkowych farmaceutów i lekarzy, tymczasem po burzliwych negocjacjach między Ministerstwem Zdrowia i lekarzami kurz jeszcze nie opadł. Padły pytania, czy przysięga Hipokratesa wciąż ma znaczenie, czy też lekarze stają się coraz bardziej biznesmenami.

Przysięga jest najważniejsza. Ale nie da się leczyć bez pieniędzy. U nas na opiekę medyczną na osobę przeznacza się wciąż za mało. Gdy w przeszłości załóżmy było to ok. 600 dolarów rocznie, w tym samym czasie Francja ma ok. 3 tys. dolarów na osobę. Przez ponad 45 lat władze uważały, że ważniejsza od zdrowia jest produkcja traktorów lub statków dla Sowietów. Ważne były „pryncypia ustroju”, a temat zdrowia był całkowicie zaprzepaszczany. Nie da się nadrobić takich zaniedbań w ciągu dekady czy nawet dwóch. I nam się przez 25 lat wolnej Polski to nie udało. Ale zrobiliśmy bardzo wiele. Ministerstwo Zdrowia w czasach, kiedy nim kierowali np. prof. Zbigniew Religa albo dr Ewa Kopacz, naprawdę zrobiło wielką pracę. Niestety, nie wszyscy ministrowie byli idealni, ale szukajmy dobrych przykładów.

Pomówmy zatem o Aniołach.

Anioły Farmacji i Anioły Medycyny to piękna idea. W wyrazie lekarz podstawę słowotwórczą stanowi „lek”. Lekarz bez farmaceuty nie istnieje. Jeszcze 200 lat temu lekarze sami w moździerzach mieszali mikstury, przygotowując czopki i globulki. Medycyna była czasami godna kabaretu. Przestudiowałem kiedyś „Aptekę domową” wydaną w 1816 r. w Poczajowie nakładem ojców bazylianów. Były tam przepisy takie jak ten na upały miłosne: „Środek najlepszy zwany choroesem: weźcie wina dwie kwarty, goździków, cynamonu wszystkiego po dwie driakwie zmieszajcie i używajcie wygodnie i niewstrzemięźliwie. Jeżeli Bóg zechce, pomoże”.

_MWO5596
Kiedy rozeszły się drogi lekarzy i farmaceutów?

W końcu XIX w. Pierwszą tabletkę kwasu acetylosalicylowego, czyli aspiryny, wyprodukowano w 1899 r. Dziś sprzedaje się ten specyfik pod różnymi nazwami w milionach sztuk rocznie. Chemia medyczna rozwijająca się w XX w. pozwoliła zaistnieć nowoczesnej medycynie. Wcześniej leczyło się głównie wyciągami z ziół, czyli lekami galenowymi. Odkąd drogi lekarzy i aptekarzy się rozeszły, oba środowiska zdawały się oddalać, a nie powinny. Dlatego tak ważną ideą są Anioły, które podkreślają istotę więzi między lekarzami i farmaceutami. Jestem pewien, że ta więź ma istotne znaczenie dla pacjentów. Dlatego właśnie jako prezes Polskiego Towarzystwa Lekarskiego (PTL) zainicjowałem „Wieczory pod Alembikiem” w Klubie Lekarza. Alembikówka była destylatem pędzonym w średniowieczu. Na tych spotkaniach każdy dostawał w progu lampkę „alembiku” i aptekarze i lekarze łatwiej się poznawali i wymieniali doświadczeniami. Odbyło się przynajmniej dziesięć takich spotkań. Występowali pierwszoplanowi aktorzy, moi przyjaciele. Ale okazało się, że aptekarzy przychodzi coraz mniej. Coraz trudniej im znaleźć czas. Zamykają apteki o 20.00, a potem zasiadają do papierów.

Komu ta nagroda jest potrzebna?

Setki listów z nominacjami świadczą, że przede wszystkim pacjentom. Ja sam, kiedy przychodzę do apteki, widzę, jacy ci ludzie są cierpliwi, jak potrafią okazać zainteresowanie drugiemu człowiekowi, jak fachowo potrafią udzielić porady, podpowiedzieć, na jakie trzeba się udać badania, że tabletka od bólu głowy nie wystarcza, że trzeba dociekać przyczyn bólu. Cierpliwość jest cechą niezbędną w tym zawodzie. Zdarzają się sytuacje trudne, bo proszę sobie wyobrazić rozmowę z człowiekiem, którego dręczy stres po badaniach onkologicznych. On nie wie jeszcze, czy guzek jest złośliwy, czy nie. Aptekarze potrafią sobie wtedy poradzić jak psychoterapeuci. Ludzkie podejście jest bezcennym darem. Dziś dzwonił do mnie rozgoryczony syn zasłużonego lekarza. Pan doktor nie chce z nim rozmawiać, bo przyjmuje w wyznaczonych godzinach… Tak się zdarza.

Niestety, nie wszyscy są aniołami medycyny. Leżał kiedyś u mnie przyjaciel, wspaniały aktor, najwybitniejszy w tamtym czasie. Miał przerzuty. Szukaliśmy, skąd się mogą brać. Dobrze się czuł. Miał wielkie plany, salę zarezerwowaną w teatrze, gdzie będzie grał monodram. Skierowaliśmy go na bronchoskopię, bo dużo palił. Poskarżył się lekarce, że słabo się czuje. A lekarka odpowiedziała – nic dziwnego, z takimi przerzutami wszędzie. Wrócił z tego badania strzęp człowieka. Kilka dni później w tym stresie zmarł. Są anioły, są i chwasty medycyny.

Jak Pan sądzi, co o tym decyduje?

Powołanie. Pomysł redaktora Adama Górczyńskiego, żeby odnajdować ludzi z powołaniem, jest niezwykle ważny. Bo to dawanie przykładu. Zaprosiłem kiedyś pańskiego kolegę po fachu, żeby przyszedł na uroczystość wręczenia nagród. Zdziwił się. „Chce mi pan pokazać idealnych lekarzy? Czytelników to nie interesuje. Gdyby ktoś zostawił watę albo obcążki do przecinania tkanek w brzuchu, to tak. Albo gdyby przynajmniej pijany przyszedł na dyżur. O! To ludzi interesuje”.

A ja wolałbym, żeby czytelników interesowali ludzie z powołania, a nie tacy, którzy zakładają fundacje, żeby mieć pretekst dla występów w telewizjach śniadaniowych. Wie pan, że Maria Miszczak spowodowała, że 500 tys. dzieci przebadano pod kątem próchnicy? Że organizuje choinki w Warszawie i w Łodzi dla setek dzieci i wspiera domy dziecka? Ona nie chwali się tym nikomu.

Albo inny przykład: dostaliśmy kiedyś w Towarzystwie wniosek, żeby nagrodzić dr Helenę Pyz. Nic o niej nie wiedziałem. Zaczęliśmy drążyć. Okazało się, że kiedy zmarł dr medycyny, pallotyn dr n. med. Adam Wiśniewski, twórca ośrodka dla trędowatych w Jeevodaya w Indiach, to właśnie ta dziewczyna z Warszawy przejęła jego dzieło. Gdyby nie ona, ośrodek dla tysiąca rodzin byłby zamknięty. Przyjechała, patrzę, a ona chodzi o kulach. Przeszła chorobę Heinego-Medina. Albo inny przykład: Anna Formanowicz wraz z mężem Maciejem założyli fundację AMF. Anna była kiedyś lekarzem w Ostrowi Mazowieckiej. Poznała biedę mazowieckiej prowincji. Co roku biorą dziesięcioro dzieci z najbiedniejszych rodzin, płacą im za studia, pomagają znaleźć mieszkanie, pracę. A to jest anonimowa fundacja. Nawet swoich nazwisk w niej nie podali! Organizują też pielgrzymki dla tych dzieci, np. do Włoch albo do Ziemi Świętej.

Dlaczego w ogóle nie słyszymy o takich ludziach?

Bo ludzie z powołania są niezwykle skromni. Prof. Piotr Kaliciński, który 500 wątrób dzieciom przeszczepił, poproszony o konsultację, odpowiadał zawsze „natychmiast”. Takich lekarzy pracujących z pełnym oddaniem jest wielu. Wielu zwykłych lekarzy zaszyło się w małych wioskach i pracują z najwyższym oddaniem. Są naprawdę CHWAŁĄ MEDYCYNY. Mam nadzieję, że właśnie tacy lekarze zostaną laureatami nagrody Anioły Medycyny.

Kiedyś po moim wykładzie w Poznaniu pewien profesor spytał, czy nie zająłbym się doktoratem jego asystentki. Zobaczyłem piękną kobietę, która była absolwentką… muzykologii. A co to ma wspólnego z medycyną? Okazało się, że pracowała z najciężej chorymi w hospicjach i oddziałach onkologicznych, stosując muzykoterapię. Uzyskała doktorat i otrzymała tytuł Medicus Perfectus – lekarz doskonały.

_MWO5593

A jak się zaczęła Pańska przygoda z medycyną?

Profesor Gruca zapytał, czy wolę fizykę czy chemię. „Chemię”, odpowiedziałem. „To zmieni pan, polubi fizykę i sprawdzi, czy da się izotopami badać kości”. Zoperowałem 800 szczurów. Uzyskałem doktorat, habilitację, specjalizację z medycyny nuklearnej, jako piąty w Polsce, a jako pierwszy w kraju badałem izotopami promieniotwórczymi kości.

A największy sukces zawodowy?

Największy sukces? Służenie chorym, z najlepszą wiedzą, etyką, powołaniem przez całe życie zawodowe, 25 godzin na dobę… A w pracy społecznej?…  Chyba utworzenie Domu Lekarza Seniora. Znalazłem siedzibę, w PTL z przyjaciółmi zbieraliśmy środki… Dużo było starań, a jeszcze więcej lekarzy oczekujących pomocy. W 1991 r. wyjechaliśmy z żoną na urlop. Wstąpiłem po drodze do biura PTL. Był tam list tej treści: „Panie doktorze, Izba Lekarska nie zareagowała na nasz list. Na Puławskiej mieszka samotny lekarz. Jest chory. Robimy mu zakupy, bo nikogo nie ma, córka wyjechała i nikt się nim nie interesuje”. Pojechaliśmy na Puławską. Okazało się, że dzień wcześniej ten lekarz wyskoczył oknem. Jeszcze aktywniej z dr Felicją Łapkiewicz, Adamem Czarneckim i innymi czyniliśmy starania o dom dla samotnych, starych lekarzy. I w 1991 r., w  przeddzień moich imienin, zaprosił mnie minister Marian Miśkiewicz i wręczył mi klucze do prawie pustego domu opieki byłego działacza partyjnego, o który się starałem. To był najpiękniejszy prezent imieninowy w moim życiu.   

Powołał pan też izby lekarskie…

Powołał je Sejm. Ja tylko trochę pomogłem. Kiedy wybrano mnie na prezesa PTL, złożyłem trzy zobowiązania: że nawiążę kontakt z lekarzami polonijnymi, uaktywnię oddziały PTL w Polsce. I że zrobię wszystko, żeby utworzyć izby lekarskie. Kiedy to powiedziałem, wybuchł śmiech na sali. Było już 21 odrzuconych prób powołania izb lekarskich. Ale miałem swój plan. Spotkania w Klubie Lekarza
z blisko 30 posłami. I powstał projekt 22., tym razem poselski i 25 lat temu Sejm jednomyślnie uchwalił reaktywację izb lekarskich. Na uroczystości Srebrnego Jubileuszu w Teatrze Narodowym ze wzruszeniem wysłuchałem „Pieśni Lekarzy Floreat Res Medica” do tekstu mojej żony Alicji, która pisała przez lata teksty piosenek, a w Polskim Radiu prowadziła studio piosenek dla dzieci. Ona ma najtrudniejszą specjalizację w medycynie.

To znaczy jaką?

Jest żoną lekarza.
W Bazylice św. Krzyża trwa koncert, śpiewa lekarz Hanna Zajączkiewicz, wielokrotnie nagradzana sopranistka. Wpadam do teatru w ostatniej chwili, bo był Rajd Barbórki, zamknięte miasto, więc z bazyliki do Teatru Narodowego biegnę zdyszany. Na scenie aktorzy, moi przyjaciele Ewa Wiśniewska i Piotr Fronczewski przedstawiają mnie, a ja mówię: „Macie przed sobą państwo człowieka szczęśliwego, bo gdyby przed 25 laty Sejm nie uznał naszego projektu za poselski, nie mielibyśmy dziś srebrnego jubileuszu”.
W tym momencie na scenę wjeżdża na podeście orkiestra symfoniczna, staje chór, a ja niezwykle wzruszony słucham, jak wybitny tenor Wiesław Ochman śpiewa naszą pieśń, która od tego wydarzenia staje się hymnem lekarzy.

Czy można czegoś więcej pragnąć?

Tak. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, który nie ma Muzeum Historii Medycyny. Ale wierzę, że tego doczekam. Młody jestem. Staram się o nie dopiero 43 lata.

Reklama