Szczęście mamy w sobie – wywiad z Małgorzatą Pieczyńską

PIECZYNSKA-3

Są ludzie bogaci w pieniądze i są ludzie bogaci w życie. Dobrze jest to łączyć, ceniąc bardziej to drugie. Spotkaliśmy wyjątkową osobę, która jest zdrowa i szczęśliwa, bo ułożyła sobie swoje stosunki ze światem. Małgorzatę Pieczyńską pytamy, jak to się robi.

Zaskoczyła mnie informacja, że już w latach 80. słynęła pani z dbania o zdrowie. Dziś to wręcz modne. Ale kto wtedy w Polsce o tym myślał? 



Przypuszczam, że byłam jedną z prekursorek wegetarianizmu w Polsce, a mój wegetarianizm był właściwie aktem politycznym: to był bunt przeciwko kartkom. Kartkom na mięso, na cukier, na papierosy, na wódkę – czyli na to wszystko, co niezdrowe. W pewnym momencie poczułam, że to mnie zniewala i upokarza. Jakim prawem ktoś ma mnie ustawiać w tej kolejce? I po co? Po kawał chabaniny z kością?! To odbiera godność: stawanie się częścią tego wrogiego tłumu, gdzie każdy jest potencjalnym konkurentem. A tzw. buda warzywna zawsze się w Polsce znalazła. Nie stać mnie było na bardziej wyszukane towary, które można było znaleźć np. na bazarku przy ul. Polnej, ale udawało mi się kupić warzywa czy kasze „od prywaciarza”. Nawet w najgorszych czasach. To było jak odzyskanie godności.
Wtedy też zaczęła pani sama piec chleb?



Pamiętam, jak raz za razem stojąc w kilometrowych kolejkach po chleb, zadawałam sobie pytanie, czy to takie strasznie trudne upiec go samemu. Moja rodzina na Kujawach miała młyny i długą tradycję robienia chleba. Ukochana ciocia Ola nauczyła mnie więc pieczenia chleba, oczywiście na zakwasie. Ten moment, kiedy je się własny chleb, to zresztą coś więcej niż jedzenie. Helmut Kaiser, wybitny dramaturg, poeta, który miał na mnie ogromny wpływ i był pierwszą osobą z kręgu sztuki, z którą się zaprzyjaźniłam, napisał kiedyś „Manifest życia codziennego”. Jednym z punktów było: postaraj się z codziennego krojenia chleba uczynić święto, jakby to było krojenie tortu urodzinowego. To jest coś, co zostaje na całe życie.

Wyobrażam sobie, że nie było łatwo o przepisy na dania wegetariańskie. 



Nie było dr. Google, byłam więc zdana na eksperymenty z kuchnią wegetariańską, wegańską, makrobiotyczną czy antropozoficzną. To była ekstrawagancja! Wszyscy tylko schabowy z kapustą, a u mnie prażone ziarna, kasze, kotlety warzywne. Nikt nigdy nie wyszedł głodny – wszyscy byli zadowoleni, nasyceni i zadziwieni, że to możliwe bez mięsa. 
Dziś zresztą większość tych produktów „na kartki” uważam za najbardziej skompromitowane. Okazało się przecież, że to one są przyczyną bardzo wielu poważnych problemów: fizycznych i psychicznych. Reglamentowanie ich, jako czegoś godnego pożądania, okazało się kompletnym nieporozumieniem. Dziś ideologię zastąpiła reklama, której ludzie bezkrytycznie wierzą…

To prawda, wszędzie reklamowane są środki, które mają pomóc na wszystko. Na serce, wątrobę, myślenie, nietrzymanie moczu, ruchliwe stopy…



Elizabeth Arden mówiła, że sprzedaje „marzenia w słoiczkach”. To są też marzenia – tylko w kapsułkach. Marzenia o zdrowiu.
I droga na skróty.



Na bardzo duże skróty. Wezmę tabletkę i ona mnie uśpi – ale czy na pewno o taki sen mi chodzi? Albo ból – do czego służy ból? Co nam mówi? Dlaczego ja go czuję? Może warto poszukać przyczyny – wygrać z nią albo ją zaakceptować. Zwierzętom często nie likwiduje się bólu, bo mogłoby to być niebezpieczne: zwierzę, które nie czuje bólu, może zrobić sobie krzywdę. Bo nie będzie wiedziało, że musi być ostrożne, że musi uważać, np. na ranę po operacji albo złamaną nogę.

Ból to informacja. 



I ważny proces leczenia.

Czy pani w ogóle korzysta z tradycyjnej medycyny?



Nie potrzebuję jej. Ja po prostu jestem zdrowa. Codziennie półtorej godziny ćwiczę. Dziś na przykład – o 7 rano.

W tym tkwi tajemnica zdrowia?

Ćwiczę jogę, dla mnie to nie tylko ćwiczenie fizyczne, ale sposób na utrzymanie ogólnej higieny osobistej i ułożenie sobie stosunków ze światem. Ze sobą i ze wszystkimi wokół. Ćwiczenia niebywale kształtują odporność fizyczną, wytrzymałość na długotrwały wysiłek fizyczny. Kiedyś wydawało mi się, że z wiekiem moja kondycja będzie się degradować – znam przecież mnóstwo osób nawet młodszych ode mnie, które mają protezy kolan, dyskopatię, nadwagę. Ale wiem, że tak nie musi być. Że wcale wiek nie musi degradować.

A czy trening wpływa jakoś na pani warsztat aktorski, na świadomość ciała?

Koncentracja na zadaniu aktorskim jest tak wielka, że czasem nie wiadomo, kiedy się buty zdzierają, drą kostiumy, kiedy się ktoś skaleczy, uderzy. Umiejętność koncentracji i skupienia powoduje, że prawie nie mam kontuzji. Mówimy czasem między sobą, że aktorstwo to cierpliwość i silne nogi. Bo ten zawód wymaga bardzo dużo stania, chodzenia – siedzenie to nieaktywna pozycja i w teatrze prawie nie używana. Więc kiedy są próby, to całe dnie spędza się na nogach! Czasem w szpilkach, bo jeśli postać jest w szpilkach, to nie ma sensu próbować w trampkach – wtedy wszystko jest inne: chodzenie, stanie, siedzenie. Inne bycie.

Aktorstwo to zawód, w którym ciało wystawione jest na publiczny ogląd, ocenę, często bezlitosną. Jak pani sobie z tym radziła?

Tym, co najbardziej widać, jest to co emanuje z wnętrza człowieka. Dlatego piękności nie musi grać obiektywnie – jeśli można tak w ogóle powiedzieć – piękna amantka. Są aktorki, które nie mają idealnej figury czy rysów twarzy, ale na scenie czy na ekranie przykuwają uwagę w taki sposób, że wydają się obezwładniająco piękne. Bo wdzięk i umiejętność operowania ciałem sprawiają, że pani nie zobaczy żadnej wady, tylko to, co pani chce widzieć. A chce pani zobaczyć piękność! W tym zawodzie ciało jest o niczym. Chodzi o pierwsze sekundy spojrzenia widza. Jeżeli człowiek nie ma wewnątrz niczego interesującego, to przepada.

Czy takiego myślenia uczy szkoła aktorska?

Szkoła niczego nie uczy. Warszawska szkoła nie ma prawdziwej metody – takiej, jak chociażby Stanisławskiego czy metody amerykańskie. Co gorsza, nie uczy również relaksacji. Młodzi aktorzy wprowadzają się w bardzo niebezpieczne dla siebie stany emocjonalne związane z postaciami, które grają. Przeżywają z nimi ekstremalne życiowe sytuacje, a potem nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Jak już jest po spektaklu, jak już popełnili to samobójstwo, umarli z miłości. Gram teraz w Teatrze Scena Prezentacje w spektaklu „Pokrewieństwo dusz” rolę, która jest tak emocjonalna, że czasem łapię się, że do 2 w nocy nie mogę zasnąć po spektaklu, mimo że znam metody wyciszania się. Ale jak ktoś takich nie ma, to chyba – jak to mówią – „bez pół litra nie rozbieriosz”.

Nie tylko aktorzy wydają się wybitnie narażeni na taki rodzaj wyciszenia.

W szkole teatralnej zobaczyłam to natychmiast. I natychmiast przestałam palić – kiedy wszyscy zaczynali (śmiech). Nie chciałam uzależniać od tego papierosa mojego stanu psychicznego. Potem były kawy – tysiące kaw! I znów stwierdziłam w końcu, że musi być jakaś autometoda pobudzania. Że poleganie wyłącznie na bodźcach pochodzących ze świata zewnętrznego prowadzi do utraty kontroli. Pamiętam niektórych kolegów, którzy nie wychodzili na scenę, dopóki nie dziabnęli 50-tki czystej. W trakcie spektaklu była druga, a jak już spadła kurtyna – SPATiF i bankiet. Co ciekawe, bardziej wstydliwe okazywało się praktykowanie technik oddechowych w kulisie przed wejściem na scenę niż przechylenie pół szklanki wódki!

14468513_1274358985950320_8997062962520603264_o

Ze swoim podejściem do zdrowia, ciała, harmonii, musiała się pani dobrze odnaleźć prawie 30 lat temu w Szwecji. Pamiętam moją pierwszą dłuższą wizytę w tym kraju: nigdy nie widziałam tylu zdrowych ludzi! Biegających, ćwiczących o każdej porze dnia. Słyszałam, że w dużych firmach czy instytucjach pracownicy są wręcz rozliczani z tego, co robią dla swojego zdrowia. Ile razy w tygodniu ćwiczą i gdzie.



Brałam niedawno udział w akcji „Piękna, bo zdrowa”, której celem jest przyciągnięcie kobiet do ginekologa na badania cytologiczne i w ten sposób zapobieganie rakowi szyjki macicy. W Szwecji ta choroba prawie nie występuje – dzięki profilaktyce. Podobnie choroby jamy ustnej – do 18. roku życia cała stomatologia jest za darmo, więc Szwedzi praktycznie do końca życia mają swoje zęby.

Marzenia!



Takie systemowe rozwiązania, tak, bo nie mamy na nie wielkiego wpływu. Ale za to na ruch i świeże powietrze stać każdego. Jeśli o to chodzi, Szwedzi rzeczywiście są ekstremalni – biegają, jeżdżą na rowerach, grają w tenisa, pływają. Ludzie 70-letni wyglądają tam młodo i rześko, nie mają problemów z poruszaniem się, z brakiem siły. 
Marzeniem każdego Szweda jest domek na wsi czy działka pod miastem. Ale jeżeli tego nie mają, to biorą plecak z jedzeniem na piknik, koce, rowery i jadą za miasto. Wsiadają w pociąg podmiejski, jadą kilka stacji i już są w rezerwatach przyrody, nad jeziorami. Do tego w ogóle nie potrzeba pieniędzy! Zimą mnóstwo Szwedów wychodzi na łyżwy, na zamarznięte jeziora i rzeki. Pługi odśnieżają lód, żeby było bezpiecznie – zresztą komunikaty o grubości lodu w każdej chwili są do znalezienia w telewizji i Internecie – i masa ludzi wychodzi na łyżwy: niektórzy mają takie, które wydają się mieć 50 lat, przypinane paskami skórzanymi. Ruch jest czasem naprawdę jak na Marszałkowskiej.

Rozmowa z panią jest tak orzeźwiająca i ośmielająca, że wydaje się nagle, że to, co było niemożliwe, jest w zasięgu ręki.

Wierzę, że mamy w sobie wszystko, co jest nam potrzebne do szczęścia. Szczęście to stan umysłu, a jeśli tak, to można nad nim zapanować. Przecież to frustrujące czekać, aż coś się wydarzy, aż przyjdzie do nas z zewnątrz. Daj boże wygrać milion w totka, to też jest rodzaj szczęścia – cieszyłabym się, gdybym wygrała, ale nie wygram, bo nie gram. Nie zdaję się na los w poszukiwaniu szczęścia – uważam, że to lekkomyślność. Czasem od tego poszukiwania szczęścia można się uzależnić. Wciąż chcieć więcej, nigdy nie być sytym. A co takiego świat ma nam do zaoferowania, jeśli sami nie wygenerujemy szczęścia? Nowy samochód? Nowy dom? A może nowy mąż? Inwestowanie w relacje, w siebie, produkowanie endorfin, a blokowanie kortyzonu, hormonu stresu, oddychanie, dobry sen – to jest droga do szczęścia. Umiejętność dostrzegania go w tym, że się z bliską osobą je rano jajko na miękko – zamiast wymawiać jej, że to nie kawior.

I krojenie chleba tak, jakby się kroiło tort urodzinowy.

Tylko tak!

Wywiad z Małgorzatą Pieczyńską przeprowadziła Magdalena Felis. Tekst ukazał się w czerwcowym numerze Mody na Zdrowie.

Reklama