Świat nie jest taki zły

do wywiadu

Wędrując po ścieżkach życia, próbujemy znaleźć swoją drogę, na której spotka nas choć odrobina prawdziwego szczęścia. Stąpajmy więc uważnie, żeby go nie przegapić. Z Haliną Kunicką, artystką, piosenkarką i spełnioną kobietą rozmawia Tadeusz Ross.
Powiedz, jak ci się żyje w tym świecie pełnym często pustego blichtru, formy, która przerasta treść, w świecie, w którym jest coraz mniej prawdziwych artystów, a więcej gwiazd i celebrytów? Przecież już prawie nikt nie pamięta takich głośnych kiedyś nazwisk jak Bielicka, Dymsza, Michnikowski, Kwiatkowska, Wąsowski, Przybora, Holoubek.

Nie żyję w tym świecie, żyję w swoim niewielkim świecie i jestem szczęśliwa, że tak jest. I to, co powiedziałeś, że ludzie nas nie pamiętają, to z jednej strony jest prawda, ta szeroka publiczność, która siedzi przed telewizorami, nas może nie pamięta, ale jest jeszcze wciąż publiczność, która z nami wędruje, która nas kocha i która wciąż na nas czeka. Mam tego nieustanne dowody, ponieważ z recitalem, w którym tak pięknie gra Jerzy Derfel, podróżuję po Polsce i wszędzie jest publiczność, są pełne sale, widzowie chłoną każdą moją piosenkę i czuję, że między nami jest cudowna więź, tak wspólnie potrafimy się bawić, cieszyć sobą, ja się cieszę nimi, oni się cieszą mną, że mnie widzą, że ja im śpiewam, że im przypominam ich młodość, ich dobre lata i to do tego stopnia, że niejednokrotnie przychodzą do garderoby szczerze wzruszeni i dziękują. I to jest właśnie ta moja radość, ten mój świat.

Ale też doceniają twój kunszt wokalny, wdzięk, elegancję i to, z czego cię wszyscy pamiętają: witalność i afirmację życia. To przecież musi działać jak potężny zastrzyk energii wysłanej w ich kierunku.

Pewnie tak jest, ale przede wszystkim to są wspomnienia młodości. Przecież te moje piosenki kojarzą się im nie z szarością, w której przyszło im żyć, ale z latami, w których wszyscy byli młodzi, kojarzą im się z miłością, którą może wtedy przeżywali, z przygodami, które niesie ze sobą młodość, z wiarą że zbudują inny świat, z nadzieją na lepsze życie. Kojarzą im się z czymś dobrym i wcale nie z kłopotami.

Tak działa cud niepamięci.

Właśnie. Pamiętają tylko to, co radosne. Ale to działa i w drugą stronę. Gdy dla nich występuję, to też, jak oni, wracam do tamtych lat i bardzo to przeżywam.

I to wszystko dzieje się w trakcie tego twojego półtoragodzinnego występu. Nie sądzisz, że ma to coś z magii?

Bo to jest magia. Magia sceny. Przecież na scenie możesz stworzyć wszystko, być tam, gdzie chcesz i zrobić to, co chcesz.

Wygląda na to, że najlepsze lata wciąż przed tobą.

Chcę w to wierzyć, wiem, że zawsze można przeżyć coś wspaniałego, czego się jeszcze nie przeżyło. Ale śpiewać już lepiej nie będę. (śmiech)

Nie byłbym tego pewien. Przy twoich możliwościach i energii. Nigdy nie próbowałaś się dopasować do czasów, w których żyjesz, mam na myśli modę na taki czy inny rodzaj śpiewania, na zmianę repertuaru, na pójście w pewnego rodzaju, umownie to nazywając, „nowoczesność”?
Nie, nigdy. Publiczność, która przychodzi na moje koncerty, oczekuje ode mnie tego, że usłyszy moje największe przeboje i zobaczy tę samą Halinę Kunicką, którą pamięta i która przypomina im ich czasy.
To nie znaczy oczywiście, że nie zmieniam repertuaru, nie dodaję czegoś nowego. Często to robię. Śpiewam utwory znane, a potem zachęcam publiczność, żeby posłuchała jeszcze czegoś, czego być może nie zna.

Masz swój świat, w którym jesteś kochana i uwielbiana, ale jednocześnie w nim nie uczestniczysz, trochę separujesz się od tego, co wokół. Czy tak się da?
Da się, bo ja nigdy nie uczestniczyłam ani w życiu estradowym, ani nie bywałam na tak zwanych salonach, nie fotografowałam się, jak to teraz gwiazdy robią, na ściance, a i tak miałam popularność, ale nie taką wynikającą ze skandali, magla towarzyskiego czy wystawania na bankietach, tylko z powodu pasji śpiewania, rzemiosła, szacunku i miłości, którą zawsze darzyłam swoją publiczność.

Słyszałem, że wydałaś swoją książkę. Nie obawiałaś się, że powieli dziesiątki innych książek autobiograficznych, którymi zasypany jest rynek? Teraz jest na to moda.
Nie, nie obawiam się tego. Moja książka nie jest książką pochwalną na temat tego, co robiłam w trakcie swojej kariery. Jest rozmową o życiu, o jego meandrach, blaskach i cieniach, o goryczy i smutku, spełnionych i niespełnionych nadziejach, jest książką prawdziwą, szczerą i bardzo osobistą. Tytuł jest też prawdziwy: „Świat nie jest taki zły”. A rozmawiała ze mną Kamila Drecka, do której miałam ogromne zaufanie, że poprowadzi tę rozmowę mądrze i inteligentnie.

Świat nie jest taki zły?
Jest i taki, i taki. I zawsze był taki i taki. Trochę dobry, a trochę zły. Przecież mówiąc „świat”, mamy na myśli nas samych, ludzi. To my jesteśmy trochę dobrzy, trochę źli. A świat, w którym żyjemy, zależy tylko od nas.

I co ci się w tym świecie stworzonym przez nas podoba, a co nie?
O tym, co mi się nie podoba, mogłabym mówić długo, bo musiałabym sięgać bardzo głęboko i to do różnych dziedzin naszego życia, a po co? Lepiej mówić o tym, co mi się podoba. A podoba mi się sam fakt, że żyję. O na przykład, że świeci słońce, że słyszę śpiew ptaków, że jest tyle cudownych młodych, utalentowanych osób, że tak pięknie śpiewają i są już gotowi, to niesamowite. W czasach, w których ja występowałam, było nas zaledwie kilka osób, pięć sześć, na palcach można zliczyć, a teraz ci wszyscy młodzi ludzie mają swoją wielką szansę, żeby się pokazać. To wspaniałe. Ale podobają mi się też całkiem drobne rzeczy, że mogę wypić kawę z kubka, który lubię, że mogę się przytulić w lesie do brzozy, to, że ciebie widzę, uśmiechniętego jak zawsze i mam nadzieję zdrowego.

O zdrowiu porozmawiamy za chwilę. Nie zapominaj, że rozmawiamy dla magazynu „Moda na Zdrowie”, który ma miliony sympatycznych czytelniczek i czytelników i twoje zdrowie, a także sposób, w jaki żyjesz, żeby je zachować, z pewnością ich interesuje. Dobrze sypiasz?
Dobrze, a kiedy się budzę, myślę: ma być pięknie. I znów czekam na kolejny występ. Ta publiczność, która przychodzi na moje występy, chce odszukać tę Halinę Kunicką, którą zna. I taką mnie ma. A ja im wyśpiewuję całe swoje życie. Widzowie mówią, że nie wiedzieli, że mój repertuar jest taki ogromny.

Jak odczuwasz przemijanie czasu jako artystka, kobieta, jak sobie dajesz z tym radę? Czy godzisz się z tym?
A mamy jakieś wyjście? Trzeba to w jakimś stopniu nawet polubić, trzeba bardziej zadbać o siebie niż w tych czasach, kiedy było się młodym, bo co jest najważniejsze w tym wszystkim? Żeby móc jak najdłużej funkcjonować, trzeba zachować zdrowie. Nie usiąść, nie zapaść się w jakiejś kanapie i nie wpatrywać się w telewizor. Ruszyć do świata, do ludzi. Wiesz, złapałam się na tym, że nie cierpię weekendów.

To jakbym słyszał siebie. Ja też ich nie lubię. Nic się nie dzieje, nikt nie dzwoni. Czasem sobie myślę, że jestem nienormalny. Nie cieszyć się z odpoczynku?
Właśnie. Ale pewnie tak to jest z ludźmi, którzy żyją „gorąco”.

No dobrze, to teraz co z tym zdrowiem? Jak to u ciebie wygląda? Ale nie musisz mi opowiadać z jakiego powodu kwękasz ani co cię boli i gdzie strzyka…
No wiesz, nawet nie miałam tego zamiaru. Jestem zdrowa, bo mam zdrową głowę. Wszystko przecież płynie stąd. Jak sobie powiesz, że nie zachorujesz, to nic ci nie będzie. Ale wiem, że to nie jest cała prawda. Różnie bywa.

Zdrowo się odżywiasz?
Nigdy nie miałam z tym kłopotu, całe życie byłam szczupła, niewiele jem i mam nadzieję, że zdrowo. Ale nie żebym żyła według jakiejś surowej tabeli, po prostu instynkt mi podpowiada, co jest dla mnie dobre, a co mogłoby spowodować złe samopoczucie. Jedzenie nie było i nie jest treścią mojego życia. Czasem łapię się na tym: O mój Boże, przecież ja nie jadłam nic od śniadania! Ale myślisz, że w związku z tym pochłaniam jakieś ilości, żeby uzupełnić straty? Nic z tych rzeczy. Nie objadam się. Moja gosposia zawsze mi mówiła: Niech pani coś zje, choćby przez rozum. No więc przez ten rozum czasem zjem więcej. To są na ogół zdrowe produkty: owoce, warzywa, kasze. Prawie nie jem mięsa.

I to cię trzyma w dobrej kondycji?
Nie tylko. Jeszcze mi pomaga oglądanie świata, zadziwienie światem, zachwyt.

Więc zostało ci coś z dziecka?
I cieszę się z tego, że tak jest, dziękuję Bogu że tak jest, że nie mam w sobie myśli, że ja już wszystko widziałam, że ja już wszystko przeżyłam, ach, nic mnie już nie interesuje, o nie, to nie ja!

To prawda. Nasz zawód szczególnie nie pozwala nam odpoczywać. Podrywamy się na każdą zapowiedź występu, bo co z tego, że spektakl jest ten sam, kiedy za każdym razem jest inna publiczność.
I każdy spektakl jest inny. Przedziwna tajemnica. Magia. Wszystko niby to samo, a jednocześnie kompletnie inne. Wchodząc na scenę, już wiem, co będzie, jaka będzie atmosfera, co nas od strony publiczności spotka. Do tej pory nie rozumiem, jak to się dzieje, że to jest dla mnie takie oczywiste, że od pierwszego wejścia na scenę wiem, czy między mną a publicznością zaistnieje ta cudowna więź.

Rozumiem, że i to cię trzyma w takiej fenomenalnej kondycji. Miłość do tego, co robisz. Odzew ze strony tych, którzy są dla nas najważniejsi, czyli Publiczności.
Tak, to ona nas trzyma przy życiu i sprawia, że fruwamy, unosimy się nad szarą codziennością, po prostu żyjemy.
A teraz zmieńmy temat. Chcę cię zapytać, czym jest dla ciebie listopad? Dla większości ludzi to miesiąc bardzo szczególny, bo nie dość, że szary, pełen opadłych, zwiędłych liści, to przede wszystkim kojarzony ze świętem zmarłych, z odejściem najbliższych, z tęsknotą za nimi, z przemijaniem, od którego nie ma ucieczki.
Listopad zawsze wpływa na nas w szczególny sposób, bo już nie pamiętamy tych cudownych, ciepłych, słonecznych dni. Nawet nie pamiętamy tych złotych i czerwonych liści, którymi obdarzył nas wrzesień. Zanurzamy się w inną rzeczywistość, robi się smutniej, chłodniej, szarzej. Ale to tylko na zewnątrz. W środku może być kompletnie coś innego. A co, to tylko od nas zależy. Bo ja nie chcę się skłaniać ku smutkowi, nie chcę skłaniać się do refleksji, nie chcę wspominać nieustannie, zagrzebywać się w przeszłości. To tylko przy okazji tej mojej książki, na którą mnie namówiono, siłą rzeczy musiałam się obejrzeć. Ale generalnie nie lubię oglądać się do tyłu. Aczkolwiek gdy już mi się to zdarzy, zawsze widzę swoje życie jako życie bardzo szczęśliwej osoby, której los przyniósł dużo szczęścia, dużo radości, dużo miłości, dużo przyjaciół, dużo cudownych wydarzeń, wspaniałych spotkań i to jest moje wielkie wspomnienie. Więc nie wyszukuję w swoim życiorysie jakichś smutnych chwil.

Pytałem o listopad również dlatego, że wtedy idziemy do swoich najbliższych, których już z nami nie ma. Łączymy się z nimi w tym symbolicznym miejscu, jakim jest cmentarz.
Ja nie muszę chodzić do nich tylko wtedy. Chodzę, kiedy chcę, kiedy czuję, że muszę tam być. Ale na Powązkach jestem zawsze, co roku. Jest niezapomniana atmosfera. Zbieramy, kwestujemy, jednoczymy się, jesteśmy razem. My, to znaczy ci wszyscy, którzy zbieramy pieniądze na renowację zabytkowych Powązek. To też daje siłę i nie pozwala się skupiać na pojedynczym żalu. Tak tu siebie opisuję jako taką mocną i radosną, ale to nie znaczy, że nie zdarzają mi się dni, kiedy jestem niezadowolona z siebie samej i z dni, które się dzieją. Przeżyłam bardzo trudne, bolesne, dramatyczne lata związane z długoletnią chorobą mojego męża Lucjana (Lucjan Kydryński, dziennikarz, publicysta muzyczny, prezenter, twórca audycji radiowych – przyp. red.), kogoś kto mi był najbliższy na świecie i o kim wiedziałam, że ta wieloletnia choroba musi się skończyć tak jak się skończyła po latach. To były bardzo, bardzo trudne chwile i nie powiem, że do nich nie wracam, ale to są już tak bardzo moje osobiste sprawy, że nie mogę o nich mówić.

Cóż, nasze ludzkie życie to taka mieszanina szczęść i nieszczęść, radości i smutków, nie sposób przejść przez nie, żeby tego nie doświadczyć.
Ale tak ma być. Tak ma być właśnie. Po to, żebyśmy mogli oddzielić dobro od zła, smutek od radości, porównać to i zrozumieć. Zrozumieć zarówno naszą wielkość jak i naszą nicość. Nie przechodzę obojętnie obok małych, czasem niepozornych spraw. Potrafię się zachwycić jakąś sytuacją, czyimś uśmiechem, spojrzeniem, drobnostką, na którą ktoś inny nie zwróciłby uwagi. Ludzie obok wielu spraw przechodzą obojętnie. Uważają, że one po prostu są. Otóż nie, tak nie jest, trzeba wychwycić, na przykład w szarości dnia, jakąś jasną chwilę.

Bo żyjemy nieuważnie. Gdy bierzemy do ręki filiżankę gorącej, pachnącej kawy, nie wypijajmy jej, myśląc o czymś innym. Zachwyćmy się tą filiżanką, poczujmy jej kształt, spójrzmy na kolor, posmakujmy kawy, a nie pijmy jej pośpiesznie, byleby już to mieć za sobą.
Tak, tak właśnie warto robić, bo w ten sposób się smakuje życie.

Wprawdzie twoje dotychczasowe słowa wiele powiedziały o twojej pracy i aktywności zawodowej, ale jednak powinno paść takie wyświechtane, tradycyjne pytanie: Jakie masz plany?
Moje plany nie są specjalnie oryginalne. Chcę wciąż występować, czekam na te spotkania, bardzo się staram i zawsze mówię, że jednym z powodów, dla których wciąż istnieję, jest to – co dzisiaj nie każdy artysta potrafi okazać – że mam wielki szacunek dla publiczności, o czym ona wie. A oprócz tego szacunku zawsze życzę im dużo zdrowia, a i państwu, czytelnikom tego mądrego magazynu też życzę zdrowia, bo choć to banał, ono jest zawsze dla nas najważniejsze.

„Moda na Zdrowie” także życzy ci zdrowia Halinko. I wiesz z czego się bardzo ucieszyłem? Z tego, że wierzysz w to, że świat nie jest taki zły.
Bardzo w to wierzę, chociaż…

Chociaż?
Mógłby być czasem odrobinę lepszy.

 

okladka_ (2)

Reklama