Najlepszy sposób na stres

PZU

Codziennie po pracy każdy ma czas. Albo usiądziesz i oglądasz dziennik, albo leżysz i odpoczywasz, ja wchodzę na bieżnię albo idę w trasę – mówi Zygmunt Berdychowski. To on wymyślił i zorganizował PZU Festiwal Biegowy w Krynicy. Na zakończenie Forum Ekonomicznego – które też wymyślił i zorganizował. Tak aby po kilku dniach pracy był weekend na bieganie.

Autor: Grzegorz Kapla

Potykamy się tuż po zakończeniu Forum Ekonomicznego w Krynicy. Z imprezy, którą Zygmunt Berdychowski wymyślił w 1992 roku, żeby umożliwić spotkanie wszystkich sił obecnych w polskim parlamencie na neutralnym gruncie, z dala od zgiełku Warszawy, wyrosło na największą imprezę gospodarczo-polityczną w środkowej Europie. A  towarzyszący jej PZU Festiwal Biegowy stał się najpoważniejszym biegowym wydarzeniem w naszym kraju. Z roku na rok na ten jeden weekend do Krynicy przyjeżdża coraz więcej biegaczy, a wśród nich coraz więcej biegających rodzin.

Dlaczego pan biega?
Każdy szuka sposobu na poradzenie sobie ze stresem. Żeby zrzucić z siebie wszystko, co nas dręczy w ciągu dnia i nie daje nam spokoju. Co utrudnia pozytywny odbiór życia. Wchodzi się na taśmę albo idzie na trasę i po tych stu minutach, kiedy organizm wyprodukuje odpowiednio dużo endorfin, człowiek jest przekonany, że to wszystko ma sens. Że warto się ze sobą zmagać, a świat wcale nie jest taki zły. Ale to tylko część argumentacji. Druga to walka z nadciśnieniem. Biegasz, biegasz dużo, ciśnienie jest niższe. Nie biegasz, ciśnienie rośnie. No i trzecia sprawa, w moim przypadku również niezwykle istotna, to są góry. Biegasz, masz kondycję, możesz chodzić po najwyższych górach świata. Prawda, ja biegam zupełnie amatorsko, ale na sześciotysięcznik wystarczyło. Mnie się powiodło na Evereście. A w  tym roku na McKinleyu.

Bardzo trudna góra, zimno i bezwzględna wysokość, jedna z najpoważniejszych w świecie, bo startuje się niemal z poziomu morza.
To prawda. Bardzo trudne jest to podejście. Ale żadnej góry z Korony Ziemi nie można porównać do Everestu. Od momentu kiedy wychodzi się na sześć i pół tysiąca, człowiek wkracza, przez brak tlenu, do innego świata. A jeśli minie się punkt 8300 metrów, to kompletnie inna rzeczywistość.

To był najważniejszy dzień w pana życiu?
E… nie. Jestem konserwatystą z południa Polski, więc najważniejsza dla mnie jest rodzina. Żona, dzieci, siostra.

Należy pan do szczęśliwców, którym w dzisiejszym świecie udało się ocalić to, co ważne
Trzeba nad tym pracować. Jest taki żydowski dowcip o rabinie, który co rano idzie do synagogi i narzeka: Panie, dlaczego jestem taki biedny, dlaczego nic mi się nie udaje, nie mam szczęścia, innym wychodzi, a ja musze się borykać z pechem. Aż Pan znudził się tym biadoleniem i powiada: Icek, daj mi szansę, wypełnij kupon w totolotku. Trzeba włożyć wysiłek, jeśli chce się budować relacje, trzeba determinacji, rozmów, trzeba się nauczyć kompromisów. Wtedy przychodzi szczęście. O wszystkie ważne sprawy w życiu trzeba długo zabiegać i nad nimi pracować.

Jak w bieganiu.
Dokładnie. Trudno sobie wyobrazić biegacza, który maraton biegnie poniżej trzech godzin, że może to zrobić bez treningu. Dla 99 proc. ludzi osiągnięcie czegoś wartościowego w życiu wymaga wysiłku, determinacji i konsekwencji rozłożonych w czasie.

Kiedy pan zaczął biegać?
Na dobre w roku 2004, kiedy mój przyjaciel Janek Szostakowski, który się właśnie odchudzał, zaproponował, żebyśmy pobiegli półmaraton w Warszawie. A ponieważ zawsze byłem od niego szybszy, zgodziłem się. No i ten pierwszy półmaraton przegrałem o piętnaście minut. Zacząłem trenować. Dzisiaj najważniejszym celem jest to, żeby sobie radzić z życiem. Bieganie dodaje hartu ducha, uczy konsekwencji, czyni człowieka bardziej ludzkim i otwartym na wszystkie wyzwania.

Jak pan znajduje czas na to wszystko?
Codziennie po pracy każdy ma czas. Albo usiądziesz i oglądasz dziennik, albo leżysz i odpoczywasz, ja wchodzę na bieżnię albo idę w trasę. Z reguły około 19. Po treningu organizm mam rozgrzany i mogę jeszcze kilka godzin czytać. Więc trenuję i widzę skutki. W Krynicy w tym roku ukończyłem wieloetapowy bieg. W ciągu trzech dni osiem konkurencji i przebiegnięcie 140 km. Sprawiło mi satysfakcję szczególną, że byłem najstarszym uczestnikiem, który sprostał temu wyzwaniu. Na 79 osób, które wystartowały, ukończyło 55, a ja dotarłem na 28 miejscu.

Imponujące. To nietypowa konkurencja, wielu biegaczy specjalnie dla niej przyjeżdża, bo zdarza się tylko w Krynicy.
Tak, tylko w Krynicy. To gigantyczne obciążenie dla organizmu. Pierwszego dnia 1,5 km, potem 15 km, o 23.00 jeszcze 5 km. Drugiego dnia o 6 rano bieg na 64 km. O 19.00 kolejny bieg, a o 22.00 kolejny. Ostatniego dnia jest maraton z limitem czasu 4 godziny 30 minut. Więc jeśli temu poradzę, to buduję ogromny szacunek do samego siebie. I potwierdzam wartość codziennego treningu.

Trudniejsze niż Everest?
Nie da się tego porównać, bo Everest to przede wszystkim konieczność poradzenia sobie z ogromnym deficytem tlenu. Wysiłek towarzyszy człowiekowi bez przerwy. Od wyjścia z obozu na wysokości 8300 m n.p.m. o godz. 23 do późnej nocy następnego dnia, przez 22 i pół godziny towarzyszy człowiekowi nieustający niedobór tlenu i pragnienie, żeby usiąść i żeby odpocząć. Ale nie wolno usiąść, niezależnie od warunków. Nawet do namiotów nie mogliśmy wejść: wejdziesz – zaśniesz. Zaśniesz – umrzesz. Więc nie można tego porównać z biegiem, bo jednak trening można w każdej chwili przerwać.

W biegach, jeśli startujesz, jest zawsze świetna opieka medyczna, a kiedy trenujesz, zawsze ktoś wie, gdzie jesteś.
W ciągu jednego roku w Polsce odbywa się kilka tysięcy imprez biegowych. Bierze w nich udział milion ludzi. I zdarzyły się dwa śmiertelne wypadki. W ciągu 2014 roku w drodze na Mt Everest zginęło 11 osób. A na szczyt decyduje się wejść około 150 osób. Więc nie da się tego porównać.

Ja jestem z pokolenia, które zanim ruszyło w wysokie góry, wspinało się w Tatrach. Najpierw latem, potem zimą.
Gdyby nie Tatry to na pewno bym nie poszedł na Everest. W Tatrach nauczyłem się, jak sobie radzić z ekspozycją. Oswoiłem się z wysokością, z trudnościami technicznymi, które jeśli je przeżyć raz, drugi i trzeci, oswajasz i nie niosą już ze sobą stresu i przestają być największym problemem.

Dlaczego pan chciał tam iść?
Poszedłem na Gerlach, ten pierwszy raz, z moim przyjacielem Jankiem Szostakowskim dlatego, że nie mogliśmy biegać. To był powrót w Tatry po 30 latach. Rok później poszedłem na Mount Blanc w przekonaniu, że skoro byłem na najwyższej górze w Tatrach, to mogę wejść na najwyższy szczyt Europy.

Kuluar pozwolił panu przejść…
W ogóle nie zdawałem sobie spawy z niebezpieczeństwa. Nie miałem świadomości, jak wielu ludzi tam ginie i jakie są tam zagrożenia. Po prostu przeszedłem. Rok później pojechałem na Kaukaz. I tam usłyszałem o Koronie Ziemi. Gdybym nie biegał i nie był przy okazji animatorem biegów w Krynicy, to nie miałbym takiej determinacji, żeby jeździć po górach. Ale przecież całą swoją postawą pokazywałem, że bieganie to dla mnie prawdziwa pasja, sam startowałem w trudnych biegach, to taka myśl, żeby iść krok dalej, była zupełnie naturalna.

Dlatego pobiegł pan superbieg w tym roku?
Tak. Właśnie dlatego.

Pamiętam z dzieciństwa film o Czapajewie. Tłumaczył swoim żołnierzom, że kiedy trwa odwrót, dowódca jest zawsze ostatni i bierze na siebie ogień wroga. A kiedy idą do ataku, dowódca jest pierwszy, bo bierze na siebie ogień wroga. Dlatego go kochali.
Coś w tym jest. Dziś media opowiadają o przywództwie. Więc kiedy za ich pośrednictwem zapraszam na PZU Festiwal Biegowy i powiem, że sam biorę udział w imprezie jako zawodnik i że ją ukończyłem rok wcześniej, to zaproszenie staje się autentycznie osobiste i ma zupełnie inną rangę. Trzeba własną postawą pokazać, że to autentyczne.

I że to możliwe. Wciąż jest te 37 mln, które jeszcze nie biegają.
Oni zaczną. Dzięki temu kiedyś przyjadą do Krynicy. I pokonają ten Everest, z którym zmagają się na co dzień. Dla każdego to wyzwanie jest inne. Każdy ma własną drogę i stawia sobie odmienne wyzwania. To dążenie do perfekcji, do osiągnięcia czegoś absolutnie nadzwyczajnego jest wspólne dla wszystkich, choć dziedziny, w których to czynimy, mogą być różne. Ale bieganie pozwala każdemu poprawić skuteczność tych dążeń.

Reklama