Katarzyna Grochola – Chciałabym się już troszkę urealnić

Katarzyna Grochola

Niektórzy ludzie bardziej reagują na szczęście i uśmiech. Mi się wydaje, że ja bardziej reaguję na smutek. Dlatego codziennie ćwiczę radość – mówi nam Katarzyna Grochola. Pisarka, którą miliony kobiet czytają, twierdząc, że nikt jak ona nie umie pocieszyć, rozśmieszyć i dodać otuchy.

Autor: Joanna Rachoń, Zdjęcia Celestyna Król

Pani ma wciąż taką dziecięcą wręcz ciekawość, żeby wchodzić w różne sytuacje, chociaż rozsądek podpowiadałby, żeby tego nie robić. Jakby się pani nie bała.

Ale ja się boję! I właśnie dlatego to robię. Już jako młoda osoba tak obłaskawiałam świat: im bardziej się czegoś bałam, tym bardziej musiałam się z tym zmierzyć. To mi się chyba już nie zmieni. Nawet jako tako taka dygająca w świat staruszka wciąż będę sprawdzać różne rzeczy: a może jednak… a może jednak ten kawałek czegoś przede mną okaże się paróweczką, a nie znów kawałkiem śmiecia. Ale chciałabym już się troszkę urealnić, jak to się mówi po psychologicznemu. Szukanie jest dobre i ciekawość jest dobra, ale czasem jednak naprawdę lepiej śmiecia obejść z daleka, niekoniecznie pakować tam kolejny raz rękę i sprawdzać, czy to na pewno to.

Często się pani sparzyła?

Blizny od poparzeń mam na całym ciele. Ostatnio na Discovery obejrzałam jakiś program o tym, jak pracuje nasz mózg. Okazuje się, że to, czy jesteśmy pesymistami, czy optymistami, nie do końca zależy od nas samych. Nasz mózg reaguje na określone bodźce. Niektórzy ludzie reagują na rozpacz i smutek, inni bardziej na radość i uśmiech. Mi się wydaje, że ja bardziej reaguję na smutek. Zresztą odkryłam to już 20 lat temu, jeszcze nie wiedząc, że to predyspozycja mózgu, i starałam się, i wciąż staram, ćwiczyć. Ucząc go, że mając do wyboru albo cieszyć się, że jest piękny dzień, albo smucić, że mi wszystkie kwiatki pierwszy nocny przymrozek ściął – wybieram, żeby się cieszyć. Bo w końcu to październik, ma prawo kwiatki ściąć, a lato było wyjątkowo długie i piękne w tym roku. Myślę, że na tym chyba polega życie, że się wybiera czy myśleć tak, czy inaczej.

Czasem się myśli samo.

Wiem, że może łatwo mówić o tym, siedząc w ciepłym domu, kiedy zaraz można wsiąść do samochodu, zrobić zakupy, na które się ma. Trudniej wtedy, kiedy się nie ma. Ale ja chyba mam prawo o tym mówić, bo zaczęłam to ćwiczyć wtedy, kiedy nie miałam.

Skąd się to pani wzięło?

Ja wiele razy w życiu czułam, że jestem na dnie albo w potwornej dziurze. Ale było takie zdarzenie, kiedy to dno było szczególne. Mój mąż wyjechał z kochanką na narty. Ja byłam w domu, bez grosza, z dwoma psami i dwoma kotami, był rok 1996, minus 22 stopnie, samochód stary, nieużyteczny, bo akumulator wysiadł, zresztą i tak nie miałam na benzynę, studnia zamarznięta, nie miałam co jeść. To był dzień, kiedy najbliżej byłam zrezygnowania ze wszystkich życiowych przyjemności oraz nieprzyjemności.

Ale pani nie zrezygnowała.

Ja uważam, że wszystko może być znakiem, a kiedy człowiek jest tak obdarty ze skóry, jak ja wtedy, na te znaki jest szczególnie wrażliwy…

…mówi pani o tej książce, co wtedy wypadła z regału?

Tak, to był jakiś poradnik amerykańskiego autora. Otworzyłam ją na stronie, gdzie było napisane: jeśli nie umiesz znaleźć 10 dobrych rzeczy, które dziś się wydarzyły, to znaczy, że nie żyjesz. Wzięłam kartkę i ołówek i zaczęłam pisać. Że mam trochę kaszy i oleju, więc dam psom jeść, że mam jedną fazę prądu, że mam kominek i mogę w nim napalić, że moja córka jest na obozie i nie musi ze mną tego przeżywać, zebrało się tego 10 punktów.

IMG_1943_o

Dowód życia, chociaż czuła się pani, jakby już nie żyła.

Tak, namacalny, bo spisany na kartce. Znalazłam ją kilka lat temu. Spaliłam w kominku. Popłakałam się, chociaż jestem już gdzie indziej.

Co to pani dało, że wtedy spisała pani tych 10 powodów do wdzięczności?

Teraz czytam książki typu „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń” (Nicka Vujicica*), jestem ciekawa ludzi, którzy pokonują ograniczenia. Wszelkie – i te finansowe, i wszelkie inne, zwłaszcza te, które każdy z nas nosi w sobie.

Wspomniała pani o dniu, kiedy nie chciało się już żyć. Ale była też choroba, kiedy nie dawano pani więcej niż trzy miesiące życia. Czasem nie chcemy żyć, a kiedy chcemy, zdarza się coś takiego.

Wiedziałam, że mam małe dziecko, jestem sama i że muszę zrobić wszystko, żeby żyć. Mówiłam do swojej podświadomości, żeby niszczyła mi komórki nowotworowe, i oczywiście modliłam się. W moim przypadku stało się tak, jakby rzeczywiście ktoś na górze uparł się, żebym jeszcze trochę pożyła. Kolega ze szkoły, który był lekarzem na moim oddziale, poprosił prof. Troszczyńskiego, żeby tylko mnie otworzyli i zamknęli, żebym miała poczucie, że cokolwiek próbowali robić (miałam diagnozę raka nieoperacyjnego). Tak się stało, ale w trakcie zabiegu profesor podjął decyzję, żeby operować. Wiem, że to nie moja zasługa, że żyję. Nawet nie lekarzy.

I co to zmieniło?

Że nie przestaję dziękować. A mam za co. Zostałam pisarką, mam wnuka… Ja naprawdę nie miałam ani wiary w siebie, ani pieniędzy. Miałam za to dom, kominek, musiałam jakoś zarobić, żeby mieć czym w nim rozpalić. Co mi dawało siłę? Myślę, że taką siłę daje nam Pan Bóg. Każdy z nas ją ma, ale nie każdy chce z niej skorzystać.
Moja przyjaciółka, cudownie wykształcona, straciła pracę. Zaczęła robić ubranka na termosy – żeby dłużej trzymały ciepło, przed świętami kilka sklepów je u niej zamawiało. Inna, aktorka, robiła piękne rękawiczki, takie bez palców. Ja myłam okna, przepisywałam jakieś tabelki, żeby dorobić. Nigdy nie jest tak, że nic nie można zrobić.

Tylko czasem już brak nadziei, że coś to da.

Zdarzało mi się nie raz, że kompletnie nie widziałam wyjścia z sytuacji. I kiedyś Wojtek Eichelberger powiedział mi: przypominasz dziewczynkę, która chodzi wokół słupa ogłoszeniowego, wali w niego pięścią i krzyczy: wypuście mnie! A wystarczy się odwrócić, żeby zobaczyć, że nie ma żadnego zamknięcia, że można pójść w dowolną stronę! Dziś wiem, że jak myślisz, że ci źle, idź, zatrudnij się na jakiś czas do hospicjum jako wolontariusz. Ja tak zrobiłam. Bo jak nic nie można zrobić, zawsze można zrobić coś dla kogoś.

Znaleźć sobie sens na nowo.

Czasami wystarczy postanowić, że zrobię sobie śniadanie. To potrafi być głęboki sens życia – na ten moment. Albo zrobić przyjemność sobie lub komuś. Pogłaskać się po ramieniu, kolanie – cokolwiek, byle oderwać się od myśli, że ktoś mnie nie kocha. Mamy różne sposoby, żeby oderwać się od smutku. Pogłaskać kota, iść do kina na komedię romantyczną…

Poczytać Grocholę?

Poczytać Grocholę. Tylko wtedy zaraz ktoś to zniszczy, mówiąc: o, ona żyje złudzeniami, nie ma kontaktu z rzeczywistością! Ostatnio usłyszałam też mocny zarzut: ona chce, żeby wszystko dobrze się kończyło! Owszem, chcę, żeby wszystko kończyło się dobrze. Uważam, że każdy zdrowy na umyśle człowiek chce, żeby kończyło się dobrze. Kiedy przystępuję do gotowania zupy i wiem, że chcę ją przypalić, to może niech ja się odczepię od tej zupy i pójdę wyszorować podłogę w łazience… Swoją drogą, czysta łazienka też ma swoje zalety.

Uniosła się pani.

Jak słyszę wyrzut: bo ty chcesz, żeby zawsze kończyło się dobrze, to sobie myślę zaraz: a co tobie jest, człowieku, że chcesz, żeby skończyło się źle?!

Może chodzi o to, że człowiek się nie rozczaruje, jeśli niczego dobrego się nie spodziewa.

Ale jaki to ma sens? Moja własna córka mówi: przynajmniej nie jestem rozczarowana! Moje własne dziecko! A ja wolę być rozczarowana, bo zanim się rozczaruję, zdążę się nacieszyć. Dzisiaj już zaczynam się cieszyć, że być może jutro napiszę opowiadanie. Być może go nie napiszę albo napiszę złe opowiadanie, ale już dziś myśl, że być może je napiszę, sprawia mi radość. Dlaczego mam sobie odbierać ten czas? Na zapas lepiej się cieszyć, niż smucić.

Sprawia pani wrażenie bardzo silnej osoby.

Oj, łatwo jest mnie złamać. Tym łatwiej, im mniej się widzi we mnie kruchość… Całe życie słyszę: „A bo ona sobie poradzi”. Przypomniałam sobie coś… Miałam takiego chłopaka, który rozstał się ze swoją dziewczyną i zaczął spotykać ze mną. Po trzech czy czterech miesiącach tamta chciała do niego wrócić. I on, płacząc, trzymając mnie za rękę, powiedział: „Myślałem, że możemy być razem, ale nie. Bo ona sobie nie poradzi, a ty na pewno sobie poradzisz”. Wtedy sobie żyły podcięłam… Ale zawsze uważano, że na mnie można było zrzucić więcej, bo „ty sobie poradzisz”.

 IMG_1730_o

Nie mogę zrozumieć, dlaczego jest pani sama?

Ja też nie mam pojęcia. Ja w ogóle dziwię się, że tylu ludzi jest samych, bo przecież my nie do tego zostaliśmy stworzeni, żeby żyć samotnie. Chociaż z drugiej strony wiem, że i u mnie, i u wielu innych osób bardzo silna jest niechęć do bycia uwiązaną. Że jednak taka wolność… że na przykład jak wczoraj – posiedzę sobie do 4 nad ranem, bo się zagapiłam, że zostawię skrawki papieru porozrzucane wokół po tym, co wczoraj sobie wycinałam, że nożyczki mogą leżeć nie na miejscu…

…ale dlaczego pani uważa, że druga osoba miałaby to zmieniać?

To jest dobre pytanie. Ma pani rację, dlaczego właściwie ta druga osoba miałaby to zmieniać? Może chodzi o to, że boję się, że chciałaby to zrobić. Moi przyjaciele złożyli sobie przysięgę małżeńską takiej treści, że będą się razem rozwijać i wspomagać siebie w rozwoju. I to jest obowiązująca do dziś przysięga. A inny mój przyjaciel schudł dla swojej kobiety 62 kg! Ważył 140 kg, to już było dla niego groźne, ale ona zobaczyła w nim tego kapitalnego mężczyznę, jakim się dla niej stał. Teraz jest tak przystojny, chodzi po górach… Chyba o to właśnie chodzi, że jesteśmy tutaj, aby wzrastać, być lepszym dla siebie i dla kogoś.

Spotkała pani kogoś takiego?

Nie. Jeszcze nie. A może spotkałam i to przeoczyłam, byłam kiedyś inną kobietą. Też chciałam zmieniać swojego partnera, więc on się starał i tak się starał od rana do wieczora, a jak ktoś tak się stara, to przecież też nie jest dobre. Albo jest ta iskierka i można do niej dokładać, albo jej nie ma. A jak jej nie ma, to nie ma co pchać drewna do kuchenki elektrycznej. A ja chyba miałam do tego skłonność.

A dziś jaką jest pani kobietą?

Dziś jestem kobietą mądrą. Moja terapeutka byłaby ze mnie dumna!
(śmiech)

Chodzi pani na terapię?

Tak. Mam potrzebę, żeby wiedzieć, co robię nie do końca świadomie. Bo co robię świadomie, to wiem, i biorę za to odpowiedzialność. Nie robię złych rzeczy, ale są takie, których wolałabym nie robić albo robić je inaczej.

W swoich książkach tak uparcie wierzy pani w miłość.

Ja naprawdę wierzę w miłość! Uważam, że to jedyne, co determinuje nas do życia. Nie ma nic innego, nic ważniejszego. Bardzo często spotykają mnie zarzuty, że chodzę z głową w chmurach, że taka jestem romantyczna. To nie ma nic wspólnego ani z głową w chmurach, ani z tak rozumianym romantyzmem. To ma dużo wspólnego z Biblią. Są trzy cnoty: wiara, nadzieja, miłość. Z nich zaś największa jest miłość.

* Nick Vujicic chciał się zabić w wieku 10 lat, nie zrobił tego, bo wiedział, że rodzice będą rozpaczać. Kiedyś mama powiedziała mu, że Bóg może go potrzebować takiego, jakim jest. To mu dało siłę. Prowadzi życie, jakby nie zważał na to, że urodził się bez rąk i bez nóg. Ma żonę, dzieci, wydaje książki, jeździ po świecie, motywując do życia ludzi, którzy zwykle mają i ręce, i nogi. Jest jednym z najbardziej znanych mówców motywacyjnych.

Reklama