Facet na chodzie

WA120705BS_01

Najlepszy polski lekkoatleta, wielokrotny mistrz olimpijski cały czas dba o formę. Robert Korzeniowski daje nam przykład i przekonuje, że każdy może pokonać swoje słabości, a nawet chorobę.

Autor: Grzegorz Miecugow Zdjęcia: Bartek Syta

WA120705BS_01

Robert Korzeniowski (ur. 1968 w Lubaczowie) – czterokrotny mistrz olimpijski, dwukrotny mistrz Europy i trzykrotny mistrz świata w chodzie; rekordzista świata (2003). Po zakończeniu kariery w sporcie zawodowym zaangażował się w popularyzowanie sportu; wielokrotnie odznaczany przez prezydenta RP za wybitne osiągnięcia sportowe.

Ćwiczysz?
Ćwiczę. Gdybym powiedział, że codziennie, tobym skłamał, ale staram się ruszać, pięć–sześć razy w tygodniu. Najczęściej można mnie spotkać gdzieś na Mokotowie, między 6.00 a 6.45. To jest taka dobra dzienna dawka. Trzy kwadranse najczęściej aktywnego joggingu. Ale czasami też chodzę, 10 km dziennie, przez Pola Mokotowskie, Łazienki, nad Wisłę.

Zapisujesz wyniki?
Tak, to znaczy nie notuję tego szczegółowo, ale dzisiaj pobiłem swój rekord sprzed trzech dni. Pilnuję tego, ile robię kilometrów, ile wyjść tygodniowo. Mam to wszystko zapisane w zegarku, z którego jest łatwy transfer do komputera, co pomaga lepiej znaleźć punkt odniesienia, np. miesiąc do miesiąca czy sezon do sezonu. A poza tym, chodzę raz w tygodniu na ogólnorozwojowy trening do fitnessu z trenerem.
Mam taką zabawną historię à propos takiego pokręcenia motywacyjnego. Jak otwierał się fitness w jednym z warszawskich hoteli, dostałem od nich kartę za darmo, żeby sobie spróbować, pochodzić. I miałem tę kartę w portfelu prawie dwa lata. Skorzystałem z niej może dwa razy. Ale potem zorientowałem się, że w moim wieku samo bieganie nie wystarczy, że potrzebny jest też trening komplementarny właśnie na siłowni. I zawarłem dwa kontrakty. Pierwszy z sobą, że będę chodzić, a drugi z trenerem. I kupiłem kartę.

Motywujesz swoich bliskich do sportu?
Specjalnie nie muszę ich zachęcać. Kłopot miała moja najstarsza córka. Jej szkoła przypadła na czas mojej kariery, więc wszyscy chcieli się z nią konfrontować, gdy tylko pokazała się na treningu czy zawodach. Jej się to nie za bardzo podobało i trudno się zresztą dziwić. Ale znalazła swoją fajną drogę i jest dzisiaj na trzecim roku ASP w Łodzi, maluje i całkiem dobrze dała sobie radę poza sportem. Młodsza od niej o 12 lat Rozalka, czyli dziesięciolatka, jeszcze się nie kwalifikuje do rygorystycznego sportu, ale chętnie próbuje i aktualnie jest na etapie siatkówki. To jej zresztą fajnie zaczyna wychodzić. Najmłodszy Franciszek to już jest absolutny fan sportu, on nie musiał się mierzyć z moimi medalami, on po prostu robi swoje. Oprócz WF-u ma treningi na Legii i trochę capoeiry.

Capoeira? A co to jest?
To forma między walką a tańcem brazylijskim, taki sport usprawniający i to ma też w przedszkolu. Dodatkowo chodzi na lekcje pływania i szaleje na rowerze.

Internet ich nie wciąga bez reszty?
Powiedzmy sobie szczerze, że od komputerów nie uciekniemy. Postęp jest i coraz szybszy, i nieuchronny, ale nie demonizujmy tego. Czasami gdy jadę z dziećmi na urlop czy weekend, to często mi się zdarza zostawić te wszystkie iPody w bagażniku. Ostatnio byłem we Włoszech w hotelu, w którym nie było telewizji, w zasadzie to tam nic nie odbierało. I wyobraź sobie, że dziecku to w ogóle nie przeszkadzało, nie upomniało się o to, że chciałoby coś oglądać, że musi pograć i tak dalej. Dlaczego? Dlatego, że miał fantastycznie wypełniony czas. Będę bronił dzieci, one mają to samo nastawienie, co my kiedyś, tylko że mają szerszy wybór. Ale to wina dorosłych, że zostawiają przestrzeń na to, żeby ten leniwy kciuk przeskakiwał na jakiejś grze, trenując wyłącznie zginacz i prostownik tego jednego palca.

I mnożą się zwolnienia z WF-u.
To nie musi być niechęć dzieci do ruchu. To też wynika z dużej nieświadomości rodziców – wolą, by dziecko się nie męczyło, nie pobrudziło, nie spociło. Znam nawet lekarzy, którzy nie puszczają swojego dziecka do nauki pływania, bo będzie miało mokrą głowę po zajęciach i się zaziębi. To wszystko znaczy, że ta patologia zaczyna się w domu. Oczywiście, mamy też mnóstwo do zrobienia, jeżeli chodzi o nauczycieli WF-u, wielu z nich jest byle jakich. Przykładowo sposób dobierania do drużyny, dlaczego najsłabsze dziecko ma być wybierane do drużyny na końcu? Podobno papież Ratzinger nie pokochał nigdy futbolu, bo zawsze był wybierany ostatni. Myślę, że WF w nowych czasach po prostu trzeba wymyślić na nowo.
Chodzę na spacer z psem, co chwilę mnie mija ktoś biegnący, z zegarkiem, kontrolujący czas, mój kolega, Kamil Dąbrowa, dyrektor radiowej Jedynki, to nawet się nie zatrzyma, tylko cały czas w biegu robi swoje i pędzi dalej.

Polska się rozbiegała?
M.in. to właśnie razem z Kamilem w latach 2006–2007 przyczyniliśmy się do powstania programu „Polska biega”. Ja wtedy byłem w TVP i wysyłałem kamery wszędzie tam, gdzie coś się działo. W tym 2006, gdy dzwoniliśmy do jakiejś gminy, prosząc o zezwolenie na przebiegnięcie przez gminę ogólnopolskiej sztafety, to ludzie nie wiedzieli, o co chodzi, ale otwierali swoje ryneczki i stadiony dla „gwiazd z telewizji”, do których dołączali lokalni bohaterowie. Dzisiaj jest sytuacja zupełnie odmienna. Jeszcze niedawno, w jakiś mroźny i śnieżny poranek, zakładałem na Polu Mokotowskim pierwszy ślad. Dziś nie mam na to szansy, bo albo ktoś kończy, albo zaczyna biec.

Są jakieś grupy wiekowe biegaczy?
Pełne spektrum wiekowe. Ostatnio coraz częściej biegają studenci, których do niedawna interesowała przede wszystkim zabawa w nie zawsze higienicznych okolicznościach. Dziś bawią się, również biegając. Biegają też ich profesorowie i rodzice.

Powoli się zmieniamy.
W ostatnich 25 latach zdarzyło się coś ważnego. Przestaliśmy myśleć wyłącznie o tym, jak przeżyć, ale też – jak żyć lepiej. W 1988 na dobre buty sportowe wydawałem wielokrotność pensji, dzisiaj dobre, wygodne buty są w zasięgu każdego. My sobie sami nie uświadamiamy tego, jak wielki postęp zrobiliśmy, jak inne jest myślenie, jak bardzo różne mamy potrzeby dzisiaj, jak bardzo chcemy cieszyć się dłużej życiem, dobrze żyć. Jesteśmy aktywni, korzystamy z wszelkich dóbr aktywności sportowej. Jako społeczeństwo jesteśmy dzisiaj w innym punkcie niż na początku przemian, a w związku z tym możemy sobie pozwolić na luksus myślenia o zdrowiu.

Dlaczego więc mamy tak mało talentów na miarę Radwańskiej czy Janowicza?
Bo widzisz, my w trakcie transformacji zgubiliśmy jedno ogniwo, czyli klub sportowy. I mam nadzieję, że to ogniwo się odbuduje. Wszyscy mistrzowie zaczynali od jakiegoś klubu. Mój pierwszy klub był biedny, ale był.

Dostawałeś dres?
Oj, ale to dopiero po pół roku, i razem z kartkami na buty, które musiałem najpierw sobie sam kupić, ale potem już dostałem nawet buty. O dresie marzyłem, bo rodziców nie było na niego stać.

Kto wtedy był Twoim bohaterem?
Starszy kolega z klubu, który był medalistą. Ale żyłem też famą medalistów z igrzysk w Moskwie. Takim moim absolutnym idolem, kiedy już zaczynałem się bawić w dłuższe dystanse, był oczywiście Bronisław Malinowski. To, w jaki sposób on gonił i dogonił Filberta Bayi na igrzyskach w Moskwie, był niesamowity. Dzięki niemu zrozumiałem, że nie ma rzeczy niemożliwych. I bardzo chciałem być takim sportowcem jak Malinowski, który się nigdy nie poddawał.

WA120705BS_15

Grałeś w piłkę?
Piłkarsko to wtedy żyliśmy Bońkiem. Ja miałem problem z piłką, bo owszem byłem kibicem, ale jeżeli chodzi o występy w szkolnej drużynie, to pokutowałem z powodu tego, że miałem dwuletnie zwolnienie z WF-u. Jak się przez dwa lata siedzi na ławce, to się nie wchodzi w drużynę.

A dlaczego miałeś to zwolnienie?
Miałem chorobę reumatyczną, nawracające anginy, nieustanną gorączkę reumatyczną na poziomie 37 st. z kawałkiem, a co półtora miesiąca miałem ataki
39–40 st. gorączki, w dodatku co 10 dni brałem mocną porcję antybiotyków.

Czyli byłeś takie chuchro?
Właśnie, że nie. Nie wyglądałem na chuchro, bo jeszcze brałem przeciwastmatycznie sterydy, więc miałem nawet niezłą wagę. Przez to wszystko mniej się ruszałem. Może nie byłem pulpetem, ale chucherkiem też nie, byłem całkiem wyrośnięty jak na swój wiek, dopiero potem stanąłem i nie rosłem, a koledzy mnie przeganiali. Tak że ja byłem takim dosyć dużym chłopakiem, lekko pucołowatym, ambitnym.

Byłeś z małej miejscowości, sport otwierał Ci marzenia?
Wszystko mi otwierał. Ale to były dwa etapy. Najpierw był Jarosław, a potem Tarnobrzeg. W Jarosławiu żyliśmy okręgówką JKS-u, byli bokserzy, były piłkarki ręczne i kajakarze. I tam byłem takim ambitnym sportowcem podwórkowym. Ale gdy miałem 12 lat, przeprowadziliśmy się do Tarnobrzega. Tam trafiłem przez przypadek do szkoły sportowej. Przez przypadek, bo moja mama po przeprowadzce do nowego miasta szła ze mną trochę jak Matka Boska z nienarodzonym Dzieciątkiem Jezus od szkoły do szkoły, bo wtedy w Tarnobrzegu było mało szkół, i w końcu przyjęła mnie szkoła sportowa, w której akurat likwidowano klasy sportowe, ale ten sportowy duch pozostał.

Od czego zacząłeś?
Nie uwierzysz, ale od koszykówki. Potem w ciągu jednego tygodnia chyba pięć razy zobaczyłem „Wejście smoka” i zapragnąłem być Bruce’em Lee.
I chyba jakoś psychicznie odrzuciłem te antybiotyki i swoje chorowanie. Byłem w innym mieście, miałem czystą kartę, bo nikt nie wiedział, że z powodu choroby byłem wybierany ostatni do drużyny, więc wszedłem na drogę smoka. Razem z kolegą zapisaliśmy się w TKKF na dżudo. W sekrecie, żeby nikt nie mówił w szkole, że trenujemy dżudo, bo by nas zaraz na korytarzu próbowali sprawdzać.

Długo trenowałeś dżudo?
Rok, potem zamknięto sekcję. Trwał stan wojenny i władza trochę przestraszyła się tej młodzieży trenującej sporty walki, a tam byli nawet 20-latki, więc najprościej było to zamknąć. Ale przez ten rok zdążyłem odkryć coś fantastycznego, czyli tego ducha klubu, i smak treningu sportowego.

Pytam cię o sport wyczynowy dlatego, że dziś on jest tak odległy. Nikomu nie chce się trenować sprintu, bo wiadomo, że Bolta się nie dogoni. Chociaż z drugiej strony mamy Majkę i Kwiatkowskiego, którzy wskoczyli na szczyt. Więc jak to dziś jest?
Może jestem naiwny, ale uważam, że mistrzowie z naukowej hodowli czy tacy, którzy realizują ambicje bogatych rodziców, to jest margines. Najczęściej to są ludzie trochę zakręceni, nieświadomi własnych ograniczeń i to jest najważniejsze, ja zawsze mówię, że trzeba mieć w sobie taką bezczelność bobasa, który dopiero co się nauczył chodzić i od razu mówi – ja teraz zawojuję świat. Uważam, że ci, którzy łamią kolejne bariery, ustanawiają kolejne rekordy, to są ludzie z duszą buntownika i romantyka jednocześnie. Są trochę inni, często są pyskaci i na przekór.

Coraz więcej osób nie tylko biega, ale i uprawia nordic walking.
I bardzo dobrze, ale to nie jest tylko rehabilitacja dla seniorów. W założeniu była to dyscyplina dla każdego. Wierzę, że u nas zdobędzie popularność walking fitnessowy. Wystarczy pojechać do krajów anglosaskich, by zobaczyć, ilu ludzi po prostu chodzi dla zdrowia, i nie jest to chód sportowy.

A te dwa światy rekreacji i sportu wyczynowego mają jakieś połączenie?
Nie. Najwięcej fitness walkerów jest w USA, a jednocześnie nie pochodzi stamtąd żaden dobry chodziarz. Możemy mieć lawinowy przyrost osób jeżdżących na rowerach, ale możemy się nie doczekać następnego Majki, jeżeli ten następca nie trafi do klubu, do zespołu i do trenerów, którzy wychwycą to, co w młodym sportowcu jest najcenniejsze. Po każdym niepowodzeniu w sporcie wyczynowym – akurat ostatnie półtora roku mamy superudane, więc to nie teraz – ale zawsze po niepowodzeniach słyszę nawoływania do odwołania się do sportu masowego. Sport masowy rozwija się coraz lepiej, bo ludzie sami tego chcą, sportowi wyczynowemu potrzebne są kluby sportowe, którym państwo powinno pomagać i finansowo, i organizacyjnie.

Na koniec co robisz, czym się teraz zajmujesz?
Nie tylko narzekam na brak klubów, ale właśnie tworzę klub. Dogadałem się z rektorem AWF w Warszawie i zaczynamy działać już od kwietnia w oparciu o świetną bazę i mistrzowską kadrę trenerską. Klub nazywa się RK Atletics, można będzie w nim biegać, skakać, rzucać i oczywiście chodzić. Zapraszamy na treningi absolutnie wszystkich, w tym dzieci od ósmego roku życia.

 

 

Grzegorz Miecugow
Dziennikarz telewizyjny, felietonista i autor książek, twórca Faktów TVN, w TVN24 prowadzi m.in. Szkło kontaktowe” oraz Inny punkt widzenia”.

 

Reklama