Anielskie historie

shutterstock_230905930

Od kilku lat wspólnie szukamy Aniołów Farmacji i Aniołów Medycyny, ale nigdy nie ma czasu, aby poznać bliżej tych cudownych ludzi. Udało nam się wprosić do trojga Aniołów z ubiegłego roku, oto ich historie.

Jeszcze do 15 grudnia można zgłosić swoich kandydatów do tegorocznej edycji nagrody. Głosujcie na Fundacja Anioły

Autor: Grzegorz Kapla Zdjęcia: Andrzej Świetlik

Apteka pani Gosi

Krzywiń. Miasteczko ma 1650 osób i prawie siedemset lat historii. Dwa wiatraki. Olbrzymi, jakby o kilka numerów za duży, kościół św. Mikołaja, pamiętający pewnie czasy świetności tego wielkopolskiego grodu. Maleńki, parterowy Urząd Miasta w rynku. A w pięknej zabytkowej kamienicy – apteka.
shutterstock_239320102

Małgorzata Banaszak

Na ścianie obok nominacji do Anioła Farmacji wisi dyplom gratulacyjny od burmistrza Jacka Nowaka z okazji wyróżnienia tytułem Anioła Farmacji 2014. Małgorzata Banaszak patrzy na te dyplomy każdego ranka o siódmej rano i robi jej się lżej na sercu jeszcze przed kawą. Farmaceuci nie mają wiele czasu na sen. Tak samo jak lekarze. Muszą wypełniać tony sprawozdań. Siada przy biurku i zaczyna planować zakupy.

Za oknem mgła, jak to jesienią. Rozlała się po rynku niczym miód. Patrzy z niej na nas święty Wawrzyniec z pomnika. To ślad po zakonnej przeszłości: w 1257 r. książę Przemysł dał benedyktynom z Lubinia prawo założenia miasta na szlaku pątniczym do Santiago de Compostella. W średniowieczu szlak Jakuba był ważną europejską magistralą, dziś wszystkie ważne drogi omijają Krzywiń z daleka.

– To ma decydujący wpływ na styl życia – opowiada Małgorzata – żyjemy we wspólnocie, w której wszyscy się znają, wszyscy wiedzą o sobie całą prawdę i ma to zarówno dobre, jak i trudne strony. Muszę uważać na to, o czym rozmawiamy z pacjentami, bo przecież za chwilę pójdą moją opinię skonsultować z panem doktorem – żartuje.

W farmacji jest jak w medycynie, nie można się zatrzymać w pół drogi. Z dziećmi siedział mąż, kiedy wyjeżdżała na szkolenia

Wychowała się w Jerce. – Nie mieliśmy w rodzinie medycznych tradycji, ale w czasie wakacji pracowałam w mleczarni, przy pakowaniu serów, odwiedziłam wówczas laboratorium i odkryłam, że mnie to fascynuje – wspomina – laborantki pozwalały mi pobierać próbki długą pipetą. Zdałam na farmację z planem, że będę pracować w laboratorium. Ale okazało się, że laboratoria istnieją w wielkich miastach, a tymczasem w Krzywiniu pani magister Zofia Nowak odeszła na emeryturę i w miasteczku nie było farmaceuty. Pozostał jedynie punkt apteczny. Nie było dostępu do leków przygotowywanych na zamówienie, do leków psychotropowych ani silnie działających…

Był styczeń 1986 r., kiedy podjęła pracę w aptece Cefarmu jako kierowniczka. To było duże wyzwanie dla dziewczyny po studiach i po stażu. A w roku 1991 Cefarm postawił ją pod ścianą: albo bierze pani tę aptekę, albo sprzedamy to na sklepy. Bała się, nie chciała, żeby rodzina ucierpiała z powodu pracy. Jednak żal jej było tych pięciu lat, które tu zainwestowała. I remontu, który z takim trudem przeprowadziła. Mąż wówczas mocno ją wsparł i zaryzykowała.

Mgła za oknem wcale nie chce zrzednąć. W radiu Lennon śpiewa „You may say I’m a dreamer, but I’m not the only one”…

Męża poznała na studiach. Zbyszek twierdzi, że to była strzała amora. Nie chciała się umawiać, ale w czasie wakacji wyjechała, a on ją odnalazł w Kołobrzegu. Urodziła pierwsze dziecko jeszcze na studiach. Nie dało się dłużej mieszkać w akademiku. Dojeżdżała z Krzywinia na zajęcia codziennie autobusem o 5 rano. Z Kościana był już pociąg. Wracała wieczorem, żeby wykąpać córkę i poczytać jej do snu.

Studia były wymagające, wciąż potrafi po osadzie poznać związki nieorganiczne. Mąż dotrzymał słowa. Nie musiała pytać, czy zajmie się dziećmi, kiedy wyjeżdżała na szkolenia i kursy. A w farmacji jest jak w medycynie, nie można się zatrzymać w pół drogi.

– Testem był rok 1991. Musieliśmy wziąć kredyt, a wtedy oprocentowanie wynosiło czterdzieści kilka procent. Nie mieliśmy wyjścia: musieliśmy aptekę wykupić. I musieliśmy kupić towar.

Czasami życie każe ludziom przechodzić przez wyjątkowo trudne sprawy, jakby chciało przetestować. Nie musiało się udać. W miasteczku na 1600 mieszkańców trudno liczyć na wielkie zyski. W radio „Epitaph” King Crimson. Wieki tego nie słyszałam. – To prawda, ledwo daliśmy radę. Maluchem jeździłam po towar przed świtem do Mosiny… Ale pod pewnymi względami było łatwiej niż dziś, leki były mimo wszystko dostępne. Nie było tylu generyków, nie było suplementów, magazyn nie musiał być tak spuchnięty jak dzisiaj… A dziś trwa wyścig o klienta. Leki są coraz tańsze, a nie mam pewności czy lepsze. A odpowiedzialność za to, co polecę pacjentom, jest po mojej stronie. Więc kiedy dzwonią z jakimś nowym specyfikiem, i pytam o skład i szczegóły rejestracji, to oni odpowiadają „ależ proszę pani, my mamy reklamę w telewizji”. Wtedy odpowiadam, że w mojej aptece oddziaływanie reklamy jest niewielkie. Tutaj polegają na mojej poradzie. Nie chcę odbierać pacjentowi wiary w to, że jakiś lek przeciwbólowy z dopiskiem „na noc” pomoże na bezsenność… ale mówię prawdę. Więc ufam badaniom klinicznym bardziej niż reklamie.

Nadeszły czasy, że zamiast być farmaceutką, muszę być mena-
dżerem: porównywać ceny, szukać ofert… 20 lat temu nie musiałam pracować po kilkanaście godzin na dobę, na szczęście dzisiaj dzieci mam już dorosłe – wzdycha. Właściwie zrezygnowałam w życiu tylko z doktoratu, a bardzo mnie namawiali, żeby napisać o historii aptek w regionie. Miałam całą dokumentację pozostawioną mi przez moją poprzedniczkę. Prof. Umbreit uważał, że byłaby z tego dobra książka, ale nie podołałam…

Otworzyła przewód doktorski, ale wtedy sąsiad przyszedł z wieścią, że ktoś szuka w miasteczku lokalu na aptekę nieopodal przychodni i zaoferował mu odkupienie mieszkania. A to był przecież pacjent pani Małgorzaty, więc przyszedł. No i nie było wyjścia. Musiała wziąć nowy kredyt i wszystko zaczynać od nowa.

I w 2004 r. pani Małgosia otworzyła drugą aptekę w Krzywiniu.

Minęły lata i zamarzyły się jej podyplomowe studia z dietetyki. Żeby mogła powiedzieć pacjentom więcej o zdrowiu, bo przecież to, co jemy, ma ogromne znaczenie dla zdrowia, wciąż o tym rozmawiają. Chciała mieć wiedzę, ale okazało się, że nie da rady, bo zajęcia weekendowe zaczynały się w piątki.

W radiu słychać Sinatrę: „Ive loved, Ive laughed and cried, Ive had my fill; my share of losing, and now, as tears subside, I find it all so amusing”…

Wieczory ma dla siebie. Ten czas, kiedy świat za oknem zasypia już, a ona może czytać albo medytować. Czyta teraz o homeopatii. Trzeba mieć wiedzę, żeby mieć swoją opinię. Jeśli ktoś ma chore serce, to nie wystarczy mu przepisać czegoś na poprawę krążenia. Trzeba porozmawiać o wszystkim. – Znam swoich pacjentów, znam ich smutki i ich radości, wiem, co piją i co jedzą. I o czym marzą.

Pasja pokoleń

Na ścianie wisi powiększone czarno-białe zdjęcie i okazały, sfatygowany przez historię dyplom. Poświadcza on, że Jadwiga Marja Sosnowska otrzymała tytuł magistra farmacji na Oddziale Farmaceutycznym Uniwersytetu w Wilnie. Na fotografii jest w swojej aptece razem z córką, farmaceutką, i wnuczką Kasią. Katarzyną Jarzembowską, Aniołem Farmacji 2014.
shutterstock_230906032

Katarzyna Jarzembowska

Babcia Jadwiga jeszcze na początku lat 40. otworzyła prywatną aptekę w Iwoniczu- -Zdroju. Przetrwała ona do 1952 roku, kiedy to na mocy komunistycznej ustawy zabrano babci cały majątek. I tak z dnia na dzień została z nakazem pracy w państwowej aptece, która do wczoraj była dorobkiem jej życia.

Mama Katarzyny studiowała farmację na Akademii Medycznej w Krakowie. Pracowała w Cefarmie. Ale w 1991 roku okazało się, że może odkupić rodzinny majątek. Ustawy reprywatyzacyjnej Sejm nie przeprowadził. Mama odkupiła lokal, odkupiła meble, słoje, retorty, wagi i ten dyplom latami zamknięty w szufladzie.

Zanim Pacjenci przebiją się do lekarza, przychodzą tu i pytają, czy mogę im pomóc. Dlatego wybrałam farmację

– Wychowałam się w tej aptece. Jestem z Krosna, mama była tam kierownikiem apteki Cefarmu. Biegałam do mamy na dyżury i obserwowałam te ich tajne receptury, te maści, czopki, syropy, patrzyłam jak mama miesza składniki, była dla mnie takim alchemikiem. Moja siostra została pediatrą, ja – farmaceutką – uśmiecha się pani Kasia. – Wybrałam farmację, bo tak naprawdę to od pierwszego kontaktu z pacjentami jesteśmy my, farmaceuci. Zanim przebiją się przez kolejki w przychodniach, przychodzą tutaj i pytają, czy mogę im pomóc. „Pani magister, czy może mi pani coś doradzić?”. No a ja wiem, czego potrzebują. Przecież ich znam od lat, znam ich smutki, radości, mężów, żony i dzieci. Więc jeśli to nie jest nic poważnego, wcale nie muszą iść do przychodni. Przecież nie zawsze chodzi o receptę. Czasami wystarczy, że mogą o wszystkim opowiedzieć. Potem uśmiech i od razu są zdrowsi. Meble po babci stoją teraz w aptece pani Kasi przy ulicy Palacza 141 w Poznaniu.

shutterstock_234729769

Katarzyna Jarzemowska

Tata jest z Poznania. Poznali się z mamą w pięknej, uzdrowiskowej kawiarni Krakowiak w Iwoniczu- -Zdroju. Na dancingu. To był studencki wypad w Bieszczady, a tu ślub w pięknym kościele i wesele w Hotelu Francuskim. Chcieli zamieszkać w Krakowie, mama podjęła nawet pracę w Herbapolu, ale oferta z Krosna była bardzo atrakcyjna.

Pani Katarzyna na studia pojechała do Poznania, śladem ojca. Wahała się trochę, bo złożyła też podanie na stomatologię w Krakowie, ale zajęć na farmacji było zbyt wiele. Po studiach zrobiła staż w Iwoniczu, a latem całą rodziną odwiedzili teściów w Poznaniu. Mama poszła do spożywczego, a znalazła lokal do wynajęcia. Nowe osiedle, ulica Palacza, rodzina się złożyła, urządzili aptekę.

– No i nadszedł dzień, że ja, taka świeżynka stoję tu, przychodzi pan, że go strzyka, a ja mam w oczach wzory chemiczne bez końca. Rodzice pojechali, zostałam sama. Ale – nie licząc koleżanek ze studiów – wszystkich swoich przyjaciół poznałam w aptece! Pamiętam pierwszą klientkę. Trwał jeszcze remont, wisiała w oknie kartka, że wkrótce otwarcie apteki. No i pani Basia, pani Krysia i pani Leontynka są ze mną każdego dnia.

Aż kiedyś pewien chłopak z sąsiedztwa zachorował na grypę. Każdego dnia przychodził po coś na poprawę odporności. Teraz wiem, że udawał, bo on w ogóle nie łyka żadnych leków!

Mają dwie córki, Olę i Maję, która miała być Karolinką, ale Ola marzyła o siostrze Mai i tak zostało.

– Wychodzi na to, że przeznaczenie sprowadziło panią do tego miejsca.

– Niewykluczone. Uśmiecham się, ale nie jest łatwo. Spada prestiż naszego zawodu, trwa konkurencja cenowa z aptekami sieciowymi, a my nie potrafimy z nimi konkurować, bo z koncernami handlowymi nie da rady stawać w szranki mała apteka. My musimy kupować leki, którymi handlujemy. Oni kupują takie ilości, że cena u nas nie ma szansy być konkurencyjną. Na Węgrzech prawo decyduje inaczej, aptekę może prowadzić tylko farmaceuta. U nas może sprzedawca leków. Dlatego farmaceuci są na przegranej pozycji, mimo że mamy ogromną wiedzę, potrafimy przygotować każdy lek. Jesteśmy prawdziwymi farmaceutami, a nie kasjerami. Mamy wiedzę, mamy poczucie odpowiedzialności, ale w świecie, w którym reklamy mówią ludziom jak żyć, każdy leczy się sam. Przychodzą po leki z reklam. I kupują to samo tylko pod inną nazwą. Przez sieciowe apteki prowadzone przez menadżerów apteki przestają być miejscem spotkań, a stają się zwyczajnymi sklepami. No i prestiż naszego zawodu bardzo się obniżył.

– Ale nie zamieniłaby pani tego zawodu na inny.

– Nigdy bym nie zamieniła! To moja pasja od dzieciństwa. Mama czekała na pacjentów, żeby z nimi rozmawiać, żeby ich wysłuchiwać i ja czekam tak samo, bo wszystkich znam. Albo poznam. Kiedy dostałam nominację do Aniołów, to tutaj była taka impreza, że trudno to sobie wyobrazić. Był tort, kwiaty i ludzie naprawdę się cieszyli. Pani otwiera mi aptekę w nocy kiedy czegoś potrzebuję, więc ja na panią głosuję – mówili.

Apteka na Palacza nie ma dyżurów, ale numer do pani Kasi ma tutaj każdy.

– A wiecie państwo, co ja zauważyłam – wtrąca się pani Danuta, która właśnie przyszła po jakieś szampony i jako stała klientka zajrzała do biura – czasami w pracy piszemy do siebie maile, choć siedzimy przy sąsiednich biurkach, nie rozmawiamy ze sobą. Co innego tu! – Pani Danuta żartuje, że apteka jest też jej przychodnią i właściwie to mogłaby mówić do pani Kasi per pani doktor.

– Chociaż leczy mnie naturalnymi wyciągami, to dożyję setki w dobrym zdrowiu – uśmiecha się – bo wiecie co się liczy? Wiedza, urok osobisty, ale przede wszystkim serce. Lekarstwo, jeśli jest sprzedawane bez odrobiny serca, to przecież zwyczajnie szkodzi, prawda? Co? Nie jest tak? A jak z sercem, to działa. A pani Kasia ma serce. Przede wszystkim serce.

Marzyciel

Chirurga poznaje się po uścisku ręki. Piloci mają podobny. I snajperzy. Więc musi być drugi znak – blizna na serdecznym palcu, w miejscu, na którym cała reszta świata nosi obrączkę. To ślad od szczypiec. Trzyma się je serdecznym palcem. Jeśli masz za sobą tysiąc operacji – taki odcisk staje się blizną.
shutterstock_231973753

Włodzimierz Baranowski

Silne dłonie przydają się, kiedy biegniesz na nartach. Profesor Baranowski lubi wiatr w górach. I wciąż lubi narty, ale przecież chirurg nie ma dość czasu na inne pasje. Inne niż chirurgia. Czasami przypomina mu się, że wcale nie miał być lekarzem. Ale miał talent do zwyciężania w olimpiadach, także tych ogólnopolskich. Nie tylko polonistycznych. Ale na przykład z chemii. Mógł wybrać każde studia. – Wybierz medycynę – radziła mu babcia – może się kiedyś ludziom przydasz.

Pomyślał, że nagrodę za olimpiadę polonistyczną wręczał mu osobiście Kazimierz Wyka, a to było jak zobowiązanie. Ale babcia nie poddawała się łatwo.

– Ludzie chorują, zawsze będą chorować, przydasz się – mówiła. Posłuchał. Dzięki niej prof. dr hab. n. med. Włodzimierz Baranowski jest dziś kierownikiem Kliniki Ginekologii i Ginekologii Onkologicznej Wojskowego Instytutu Medycznego przy Szaserów w Warszawie.

Na drugim roku zainteresował się biochemią, dziś powiedzielibyśmy, że biologią molekularną. Badał zaburzenia molekularne w raku jajnika. Szło mu doskonale i po studiach zostałby na uczelni, próbując rozwikłać zagadkę nowotworu, ale ciągnęło go do ludzi. Do medycyny.

– To były czasy rozwoju endokrynologii, a hormony, estrogeny, hormony przysadkowe i jajnika to był przecież mój obszar, bo tak naprawdę marzyłem o neuroendochirurgii, czyli chirurgii gruczołów ośrodkowego układu nerwowego wydzielających hormony. Wiedziałem, że tam tkwi szansa na walkę z efektami zaburzeń hormonów płciowych, może nawet rakiem. Tyle że takiej dziedziny w medycynie w tamtych czasach jeszcze nie było.

Wybierz medycynę – radziła mu babcia – może się kiedyś ludziom przydasz. Posłuchał jej rady

Pierwszą samodzielną operację pamięta, ale nie było to szczególnie emocjonalne przeżycie.

– Chirurg nie powinien ulegać emocjom – tłumaczy – emocje zakłócają tok rozumowania, a przy stole operacyjnym decyzje muszą być szybkie i trafne. Zdarzają się, zwłaszcza w zaawansowanym stadium nowotworu, bardzo dramatyczne sytuacje, ale trzeba zachować chłodny, analityczny umysł. To podstawa sukcesu. Choć oczywiście znam swoje pacjentki. Lubię je. Ale chirurg musi nauczyć się przekraczać te mentalne bariery. Chodzi o to, żeby przeprowadzić sprawnie nawet radykalną operację, kiedy mniej przygotowany ośrodek orzekłby, że nic się nie da zrobić.

Operacja onkologiczna jest trudna, ponieważ trzeba liczyć się z niewiadomą. Bywają przerzuty, może pojawić się konieczność operacji przypony czy trzustki. Trwają po kilka godzin.

– Trzeba mieć umiejętności, narzędzia, znajomość technologii i wiarę, że to, co robimy, jest możliwe – uśmiecha się prof. Baranowski – a jest dziś możliwych wiele spraw, o których w czasach moich studiów nawet nam się nie śniło. Ale rak to choroba genów, nie znamy jej przyczyny i nie wiemy, dlaczego jest tak bardzo różnorodna. Dlatego trudno z nim wygrać. W dodatku odchodzenie z powodu raka jest powolne i pełne cierpienia, które dotyka całą rodzinę. Na domiar złego lekarze często przegrywają z przekonaniami, które nie mają uzasadnienia. Na przykład mówi się że „rak nie lubi noża”, więc na stół trafiają pacjenci w trudnym, zaawansowanym stadium choroby. Gdyby zdecydowali się wcześniej, nasze szanse byłyby większe.

Profesor operuje codziennie. Choć nie każdego dnia jest to rak. Operuje, bo codzienny trening pozwala mu doskonalić warsztat, zdobywać doświadczenie, standaryzować procedury. To trudne, bo przecież każdy człowiek jest inny. Mimo postępu medycyny nie ma możliwości rozpoznania wszystkich niewiadomych przed operacją.

– Jak jest na sali operacyjnej, zależy od składu zespołu. Może być, choćby nie wiem co się działo, spokojnie i racjonalnie. Może być niespokojnie i irracjonalnie. Na sali operacyjnej numerem jeden jest operator. Od jego osobowości zależy bardzo wiele. Spokój ratuje ludziom życie.

– A więc chirurg nie może grzeszyć pychą.

– Musi nauczyć się racjonalnie oceniać sytuację i stan zespołu na dzień operacji.

– Patrzy pan wszystkim w oczy przed operacją?

– Tak, kiedy spodziewamy się, że będzie trudno.

– Kiedy od waszej decyzji zależy życie lub śmierć?

– Nie ma co dramatyzować, choć oczywiście zdarzają się i takie wybory. Ale częściej są to operacje, w których od naszych decyzji zależy, czy pacjent będzie sprawny, czy nie. A to też jest ważne. Na szczęście operacje rzadko są tak trudne. Jedna trzecia naszej aktywności to nieamputacyjne, ale rekonstrukcyjne operacje uroginekologiczne. Musimy precyzyjnie zrekonstruować coś, co przestało funkcjonować. Liczy się precyzja. Ale tak naprawdę marzę o chirurgii regeneracyjnej. Czyli odtwarzamy strukturę, która przejmuje funkcje chorych komórek. Tego jeszcze nie potrafimy dokonać, ale badania trwają i pewnego dnia ludzkość będzie gotowa i zniszczone zakończenia połączeń nerwowych znowu zaczną działać.

– Myśli pan, że to możliwe za naszego życia?

– Oczywiście. Widzę to po zmianach w mojej dziedzinie, jakie dokonały się od czasu, kiedy skończyłem studia. Ale wtedy na barkach lekarza nie było tylu spraw administracyjnych. Dziś prosty zabieg chirurgiczny zabiera mi pięć minut, ale przygotowanie wszystkich papierów do sprawozdania dla NFZ – godzinę pracy. W tym czasie mógłbym wykonać kilka takich zabiegów. Albo mógłbym inaczej, bardziej po ludzku, poświęcić czas pacjentce.

Reklama